Wycieczki

Zrealizowane wycieczki

SZLAKIEM ZAMKÓW JURAJSKICH

16 WRZESIEŃ  2018

W niedzielny poranek pękający w szwach (dosłownie) autobus prowadzony przez Przyjaciela Przewodników – a właściwie „półprzewodnika” Pana Mariana, przejechał przez Brzączowice i Myślenice – zbierając zaspanych turystów.

Kiedy już wszyscy znaleźli swoje miejsce, niektórzy nawet z poświęceniem na podłodze, to popędziliśmy w kierunku Krakowa a dalej przez Olkusz na Jurę.. a właściwie w poszukiwaniu zamków jurajskich. ,jakby nie było to Park Krajobrazowy Orlich Gniazd nazwany.

            Park Krajobrazowy Orlich Gniazd położony jest na terenie dwóch województw: śląskiego i małopolskiego. Park powstał w 1981 roku, a nazwę swą zawdzięcza znajdującym się na jego terenie średniowiecznym zamkom. Ich usytuowanie na niedostępnych, wapiennych wzgórzach porównywane jest do orlich gniazd..

            Ale zanim zamki to po drodze przejechaliśmy przez miejscowość Klucze, gdzie w Urzędzie Gminy znajduje się Centrum –nazwałabym –odradzania się i odchwaszczania Pustyni Błędowskiej. Tu też znajduje się tzw .Róża Wiatrów –miejsce z tarasem widokowym i inszymi atrakcjami do oglądania Pustyni Błędowskiej. My natomiast pojechaliśmy do Chechła – bo czas naglił, a tam na Pustynię bliziutko, bo dwa metry od parkingu…Wypadliśmy w piaskową przestrzeń z aparatami i zastygliśmy w podziwie : w Polsce taka super atrakcja, co doceniło wojsko zagarniając dla siebie na ćwiczenia niemal połowę obszaru pustyni. Zjawiska „fatamorgana”na tej pustyni się zdarzają, bo oto naszym oczom ukazała się …karawana wielbładów… wszyscy ją dostrzegli…aby za parę minut zobaczyć kawalkadę jeźdźców na koniach.. co to znaczy wyobraźnia..

            I Kaziu – nasz Przewodnik, który wszystko wiedział co widać dookoła zarządził odjazd w kierunku Mirowa, nawet okiem nie mrugnął, że w lasach otaczających Pustynię Błędowską wytwarzany był napój alkoholowy produkowany domowym sposobem od wielu pokoleń a nazwany CZAR PUSTYNI. Napój ten wpisany jest na listę produktów tradycyjnych. Dobrze że nie wspomniał, bo nikt by się stamtąd bez spróbowania nie ruszył……no

            Atrakcji ciąg dalszy. Zamek w Mirowie: „ przed powstaniem XIV-wiecznego zamku istniał na tym miejscu drewniany gródek, który miał zabezpieczać granice kraju przed najazdami Czechów. Kazimierzowska budowla w krótkim czasie została rozbudowana do rozmiarów dużej warowni. Zamek kilkakrotnie przechodził z rąk do rąk. Początkowo należał do koziegłowskich Lisów, później, od XV wieku, do Myszkowskich. W ich czasach nastąpiły znaczne zmiany wyglądu budowli, która zyskała dwie dodatkowe kondygnacje oraz znacznie wyższą niż dotychczas wieżę. W 1587 zamek zdobyty został przez arcyksięcia Maksymiliana Habsburga, pretendenta do tronu polskiego. Od tego czasu rozpoczął się proces stopniowego podupadania warowni. W wieku XVII po Myszkowskich byli tutaj panami przedstawiciele kolejnych rodów: Korycińskich i Męcińskich. Po zniszczeniach w czasie potopu szwedzkiego zamek coraz bardziej popadał w ruinę, aż w końcu XVIII wieku został opuszczony. Ruiny były systematycznie rozbierane przez mieszkańców okolicznych wsi, którym kamień posłużył do budowy domów. Co ciekawe, w czasach komunizmu niszczejące ruiny zamku nie zostały formalnie przejęte przez państwo. Coraz gorszy stan obiektu, stwarzającego zagrożenie dla zwiedzających, spowodował, że w ostatnich latach ogrodzono go. Równocześnie rodzina Laseckich, obecnych właścicieli, podjęła się prac nad zabezpieczeniem ruin. Docelowo warownia ma być udostępniona dla turystów. W zrekonstruowanych pomieszczeniach znajdzie się między innymi muzeum”. 

        Szlakiem Orlich Gniazd pomiędzy wapiennymi cudnej urody ostańcami wędrujemy do zamku w Bobolicach. Ale to jest już zamczysko. Ja oniemiałam z wrażenia bo widziałam ruiny 25 lat temu, a to co zobaczyłam to kawał zamczyska. Ludzi co niemiara, bo fama poszła, że tu kręcono

 „Koronę Królów ”więc jak nie wypić kawy w karczmie pod zamkiem, oj długie czekanie…Zamek można zwiedzać.. No i ta legenda związana z zamkiem w Mirowie i Bobolicach rozpala wyobraźnię, ale to doczytajcie sami, jest pięknie

opisana..

        Posileni różnymi napojami podjechaliśmy pod Górę Zborów, lekka przechadzka z pięknymi widokami.

        Znowu dalej, tym razem zaczynamy jechać w stronę Krakowa, do Pilicy Najpierw w ryneczku pyszne lody, lizaliśmy z błogim zadowoleniem…

No a potem spacer do Zamku w Pilicy (zwany również pałacem śląskim.) „Otoczony fortyfikacjami bastionowymi zamek składa się z 4 skrzydeł otaczających wewnętrzny dziedziniec.

Pierwotnie w miejscu pałacu znajdowała się obronna siedziba rodu Toporczyków, którzy od nazwy miejscowości zaczęli się nazywać Pileckimi. Od nich Pilicę kupili w 1569 r. Padniewscy herbu Nowina. Około 1610 r. kasztelan oświęcimski Wojciech Padniewski wzniósł w miejscu rezydencji Pileckich nową późnorenesansową rezydencję w stylu włoskim i przeniósł się do niej z nieodległego zamku w Smoleniu. Po wygaśnięciu rodu Padniewskich kolejnym właścicielem był Jerzy Zbaraski, który dokończył budowę…itd., kolejne rody i bogata historia , niekiedy tragiczna” Od końca 1942 do wiosny 1944 r. na zamku stacjonował pluton zmotoryzowanej żandarmerii – Gandarmerie Mot-Zug 63 pod dowództwem lejtnanta von Kreske. Pluton ten pod murami zamku rozstrzelał ok. 80 Polaków i ok. 70 Żydów

W 1945 r. odebrano majątek Arkuszewskim, a pałac przeznaczono na dom dziecka dla dziewcząt, a w latach 80. XX w. zakładu poprawczego dla młodzieży. W latach 1960-1962 konserwowano częściowo pałacowe wnętrza. W maju 1989 r. zespół pałacowy od Skarbu Państwa kupiła Barbara Piasecka Johnson, która planowała przeznaczyć go na swoją rezydencję z udostępnioną zwiedzającym galerią malarstwa, jednak po rocznym remoncie prac zaprzestano, ponieważ roszczenia do zamku zgłosili potomkowie Kazimierza Arkuszewskiego. W 1994 r. Sąd Okręgowy w Katowicach uznał, że akt notarialny sprzedaży jest nieważny, ponieważ na sprzedaż nie wyraził zgody Minister Kultury. Postępowanie odwoławcze w tej sprawie nie zakończyło się aż do śmierci Piaseckiej Johnson w kwietniu 2013 r.” Piękny niegdyś 10 ha park jest trochę zaniedbany. Zamek potrzebuje ogromnych pieniędzy, ale odrestaurowany byłby perełką…

     Znowu czas nas goni, słońce zachodzi a do domu daleko…

Ale Kaziu obiecał, że jeszcze tam wrócimy, zamków ci jest dostatek..

Byłam, lody jadłam w Pilicy i zbierałam kasztany M-G. St

Autor: Stanisława Majda-Gulgowska

 

Od kilku już lat wycieczkę na rozpoczęcie sezonu turystycznego Klub Przewodników im. Władysława Kowalskiego organizuje wcześniej, bo 3 maja uroczystości są na wzgórzu zamkowym i organizatorzy musieli by się rozklonować, żeby wszystkiemu podołać.

Dawno już na Starych Wierchach nie byliśmy, a pogoda tylko na nas czekała, szliśmy wabieni ciszą i nadzieją na zobaczenie krokusów. Krokusy – a juści – były, ale tłumy wyruszyły wesołych turystów na poszukiwanie. Super, że ludzie wstają sprzed telewizora i chcą pobyć na szlaku.

Spotykamy tłumy na szlaku, ale to nic.

Wychodzimy z Rdzawki, trochę błota, ale nikomu to nie przeszkadza.

Paweł sunie do przodu, a tyły zamyka Kaziu ze swoją dzielną i wspomagająca swoje „nadwątlone wczoraj siły„ drużyną. Jest wesoło..

W takim duchu dochodzimy do schroniska na Starych Wierchach. Jest tak przyjemnie, że niektórzy nawet się opalają. Coś niecoś podjadamy ze specjałów kuchni, a wybór jest duży i smacznie gotują. Pan góral kusi oscypkami, każdy kupuje po kilka.

Ponieważ pogoda jest wspaniała, Paweł kieruje się w kierunku Rabki. Przepiękne widoki, spokojny spacer doprowadził nas do kolejnego schroniska na Maciejowej. Tu już mnóstwo ludzi i psów, bo z Rabki jest blisko i chętnych nie brakuje.

Dochodzimy do Rabki i naszym oczom ukazuje się mnóstwo domów, chyba kiedyś wczasowych, teraz w bardzo kiepskim stanie, pustostany, zaniedbane ogrody, powybijane szyby. Tego wrażenia nie zaciera nawet pięknie urządzony park, tężnia…

Czekamy na resztę grupy, która gdzieś się zawieruszyła… Ale bez obaw, nikt się nie zgubił i wesoły autobus wyrusza w dalsza drogę – do domu.

Autor: Stanisława Majda-Gulgowska

Od północy w dniu wyjazdu spałam na jedno oko, wyglądając co to z tą pogodą się dzieje… A najzwyczajniej w świecie nas olała i to dosłownie. Co jednak nas nie zraziło i niemal cały autokar najwytrwalszych turystów wybrał się na wycieczkę na wschodnio-południowe „ rubieże Małopolski”. Wierzyliśmy, że TAAAAAM to pogoda będzie… i była tylko deszczowa. Tam, to znaczy na Pogórzu Ciężkowickim podjechaliśmy na parking pod wzgórzem na którym stoi Bazylika pw. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Tuchowie lub Sanktuarium Matki Bożej Tuchowskiej.

”Sanktuarium Matki Bożej Tuchowskiej to jedno z najstarszych i najliczniej odwiedzanych sanktuariów w południowo-wschodniej Polsce. Szczególnym kultem cieszy się tam obraz przedstawiający Matkę Bożą z Dzieciątkiem, namalowany pomiędzy 1530 a 1540 rokiem w warsztacie tzw. Mistrza Ołtarza z Bodzentyna.

Matka Boża Tuchowska trzyma w prawej ręce różę, symbolizującą czystość. Przez ten atrybut łączy się z tradycją różańcową. Wszak słowo różaniec pochodzi właśnie od róży. Odmawianie różańca porównywano do ofiarowania Matce Bożej róż.

Pierwsze wzmianki o łaskach wyproszonych za wstawiennictwem Matki Bożej Tuchowskiej pochodzą z 1597 r. Wieści o cudach szybko się rozeszły. Pielgrzymi przyjeżdżali nie tylko z południowej Polski, ale także ze Słowacji, Węgier, Litwy i Rusi. Ruch pielgrzymkowy, silny już w XVII wieku, wzmógł się po uroczystej koronacji obrazu koronami papieskimi 2 października 1904 roku. Koronacji dokonał ówczesny ordynariusz tarnowski, bp Leon Wałęga.

Obraz znajduje się obecnie w barokowym kościele, konsekrowanym 8 września 1687 roku pod wezwaniem Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny i św. Stanisława, biskupa i męczennika. Znajdują się w nim cenne barokowe dzieła powstałe w warsztacie renomowanego krakowskiego artysty Antoniego Frączkiewicza: ołtarz główny z 1741 r. i ambona z 1726 r. Warto również zwrócić uwagę na późnobarokowe ołtarze boczne Serca Jezusowego i św. Józefa. Barokowy jest także ołtarz w kaplicy św. Krzyża.

Od 1893 r. w Tuchowie pracują księża redemptoryści. Rozbudowali oni sanktuarium i utworzyli trzy muzea: sanktuaryjne (gromadzące pamiątki związane z kultem maryjnym w Tuchowie), etnograficzne (można w nim podziwiać przedmioty codziennego użytku z okolicy), a także misyjne (redemptoryści wracający z misji złożyli w nim wiele interesujących przedmiotów i dzieł sztuki ludowej z Argentyny, Brazylii, Boliwii i Burkina Faso). Dodatkową atrakcją, zwłaszcza dla dzieci, jest ruchoma szopka, zbudowana przez o. Kazimierza Zymułę w 1973 r. „

Zacytowałam trochę więcej, żeby zachęcić do odwiedzenia Tuchowa, zejścia do podziemi i zobaczenia tej pięknej i kolorowej szopki jak również muzeum misyjnego. I w tym właśnie miejscu ze zwykłego, uśmiechniętego przewodnika kolegi Piotra Firleja „przeistoczył się” On wszakże w „przewodnicką bestię”.

Nic piękniejszego nie mogło nam się przytrafić, jak właśnie Piotr , który całkowicie zawładnął naszymi zmysłami i wyobraźnią. To był Imć Wysokość… no bo napisał piękny przewodnik p.t : Jej Wysokość Brzanka. Wodził nas onże Piotr najpierw do Muzeum Przyrodniczego im. Krystyny i Włodzimierza Tomków w Ciężkowicach. Muzeum zorganizowane nowocześnie, z niezwykłą pasją po nim oprowadzał nas tamtejszy przewodnik. A my słuchaliśmy – jak dzieci – z rozdziawionymi gębami.

Słuchaliśmy, bo wiedzieliśmy, że w którymś momencie wycieczki Piotr będzie nas próbował zagiąć, ale nasi wycieczkowicze czuwali i na wszystkie pytania odpowiadali perfekcyjnie.

Prawdziwą atrakcją był spacer w lekkim deszczu po Skamieniałym Mieście, a właściwie szlakiem legend kamiennych. Piotr wyczarowywał z zanadrza różne stworki, a to lisek, a to Nietoperki, a to cukierki z „przesłaniem”, a to nawet ichniejsze piwo) przy tym cudownie przemycając najfajniejsze przygody, legendy i opowiadania o czarownicach w Skamieniałym Mieście, aż się chce tam wrócić.

Cały czas wisiał nad nami spacer w deszczu na osławioną Brzankę (534 m n.p.m.) Bez sensu jednak było człapać w deszczu, bez widoków i w mgle.

Ale Piotr nie byłby Piotrem, gdyby tej Brzanki nam nie pokazał. Podjechaliśmy na polanę, a potem spacerkiem krótkim doszliśmy do schroniska. Schronisko stare, ale paru turystów tam siedziało i wybierali się dalej. Piotr przepytał nas z panoramki a potem poszliśmy zobaczyć te panoramę z wieży widokowej…

Co najważniejsze, nikt nie narzekał ( przynajmniej na głos), a w drodze powrotnej już nam było ciepło, o co zadbali turyści z tylnego salonu…

Acha, jeszcze był obiad z konkursem, który rozpalił wyobraźnię…

Ja też tam byłam i ciasteczko zjadłam…

Autor: Stanisława Majda-Gulgowska

XX – LECIE PRZEWODNIKÓW W BAŃSKIEJ STIAVNICY

3 – 4 PAŹDZIERNK 2015

My, Przewodnicy z Klubu Przewodników i nasi Przyjaciele, cały rok organizujemy różne imprezy i prowadzimy wycieczki w znane i nieznane regiony kraju, a nawet za granicę.

Dwadzieścia lat temu zdawaliśmy egzaminy przewodnickie, jedni nieco wcześniej, inni dużo wcześniej – ale wieku nie wypominamy, chociaż przy zakupie biletów wstępu coraz więcej podnosi rękę o bilet ulgowy… Takie czasy.

Bolejemy nad tym, że młodzież nie garnie się do tego „zawodu”, który daje dużo satysfakcji z wielu powodów: kosztów (niezależnych od nas) i dosyć ciężkich egzaminów – też od nas niezależnych. Chcieliśmy uczcić ten jubileusz aktywnie, o co zadbał Paweł i Grażynka. Nie było mowy o leniuchowaniu i siedzeniu przy kawie. Niektórzy w czasie wolnym zdążyli wypić kawę, zjeść pizzę, poupawać się urokiem zabytków Bańskiej, ale niektórym zachciało się „diwadla” i w tym samym czasie zdążyli przeczytać jadłospis, a jak przyniesiono im już posiłek to bez sztućców…ha.

Bańska – położona na zachód od Zvolenia, urocze miasteczko, trochę już senne, ale dla nas lepiej, bo nie było tłoku, ale bardzo piękne. Złaziliśmy miasto od wschodu do zachodu i z dołu do góry, bo miasto położone jest na wzgórzach i kupno chleba to już górska wyprawa mieszkańców, może dlatego tak nam się spodobało. Jak to Paweł powiedział: Miasto, gdzie krowy jedzą trawę na dachu.

Bańska została wpisana na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. To górnicza miejscowość, która podupadła i nie potrafiła się podźwignąć. Symbolem miasta jest SALAMANDRA, która według legendy miała przypadkowo pomóc w odkryciu złóż srebra. Największy górniczy boom przypadł na XVIII wiek, kiedy to wydobywano tu 24 tys. kg. srebra i 600 kg złota. W 1762 roku założono w mieście pierwsza na świecie politechnikę, na której uczono chemii, fizyki i mineralogii. Dwóch absolwentów tej uczelni robiło odwierty w Swoszowicach. To dzięki nim obecnie pławię się w siarczanych kąpielach, które są cudne dla zdrowotności.

Tu, w Bańskiej rodziło się prawo górnicze (górnictwa kruszców). Nie można było „za długi górników” licytować ich narzędzi pracy.

Idąc pod górkę doszliśmy do centrum starego miasta, gdzie stoi okazały ratusz , a obok piękna kamienna rzeźba z XVIII w. ukazująca Marię w otoczeniu aniołów. Idąc dalej dochodzimy do następnego placu , gdzie stoi barokowe cacko – potężny słup wotywny, upamiętniający ustąpienie zarazy morowej w 1711 roku. 

Już po chwili znaleźliśmy się w Muzeum Górnictwa, gdzie mieliśmy namiastkę chodnika górniczego. Potem stary zamek ( początki warowni to XIII w.) z zewnątrz, nowy zamek z XVI wieku, który służył za wieżę obserwacyjną i rzeczywiście, kiedy wyszliśmy na ostatni poziom to panorama przyprawia o zawrót głowy. Tu możemy sporo się dowiedzieć o wojnach z Turkami, tak, właśnie tu doszli.

Stąd tez przepiękny widok na Kalwarię Bańskoszczawnicką. Coś na wzór naszej Kalwarii Zebrzydowskiej, tylko w minimum wymiarze, ale żeby dojść do Górnego Kościoła trzeba się sporo napocić…

Żeby nam jeszcze dołożyć wrażeń to wdrapaliśmy się do ogrodu botanicznego, żeby podziwiać kilkusetletnie sekwoje – przecudny widok..

Kiedy już miało się ku zachodowi, nareszcie uroczy, niewielki hotelik „Na Kopci”- przy stadionie. Tam , przy dźwiękach akordeonowych wspominaliśmy fajne czasy początków naszego przewodnictwa. Mieliśmy co jeść i pić, wszak plecaki przewodników i naszych przyjaciół zawsze są nieodgadnione. Nawet co niektórzy śpiewali po węgiersku.

Każdy spał, ile chciał a o 9.20 rano, następnego dnia zawiózł nas Paweł do SKANSENU GÓRNICZEGO, kazano nam się ubrać w jakieś peleryny, chełmy, latarki i włóczyliśmy się po wąziutkich korytarzach sztolni Bartłomieja z XVI – XVII w. Cud, że wszyscy wyszliśmy żywi i cali z tej kopalni. Pisząca, wyniosła z kopalni pół kilo srebra i za nic nie chcę się z tym kruszcem rozstać..

Były jeszcze „tajchy” czyli jeziorka, których woda napędzała urządzenia w kopalni.

Kiedy już mieliśmy trochę kilometrów w butach, ostatni element w tym dniu to herbaciana „klopaczka” , czyli miejsce, gdzie podaja pyszną herbatę w cudnych wnętrzach, ale dawniej stąd rozlegały się uderzenia drewnianego młotka, które o 5 budziły górników do pracy. Górnicy przeżywali nie więcej niż 25 lat – praca w kopalni była ogromnie ciężka, a poza tym miesiącami nie widzieli słoneczka…

Warto było to wszystko zobaczyć, chociaż droga dosyć daleka

Byłam, jadłam, piłam pyszne winko i śpiewałam ze wszystkimi 

Autor: Stanisława Majda-Gulgowska

W dniu 14.06.2015 brałem udział wycieczce na Wielki Chocz, zorganizowanej przez Dobczycki Oddział PTTK.

Wielki Chocz (1611 m.n.p.m.) to góra na Słowacji w paśmie Gór Choczańskich. Ze szczytu możemy podziwiać Tatry, Tatry Niżne oraz Wielka i Małą Fatrę. Na szczyt prowadzi kilka szlaków, a wysokość do pokonania to około 1100 m podejścia.

W naszym przypadku podejście z Jasieniowej (Jasenova) czerwonym szlakiem około 1070 m podejścia, powrót również czerwonym szlakiem do Łączek (Lucky) około 1000 m w dół. Pogoda jak widać dopisała, a droga od początku do końca szlaku zajęła około 6,5 godziny.

Wycieczkę prowadził sam Prezes Klubu Przewodników Oddział Dobczyce – Kazimierz Gierlach.

Polecam ze względu na piękne panoramy, oraz super piwo Kozel za 1 EUR, po udanej wycieczce zakupione w restauracji smakuje wspaniale 🙂

Autor: Marek Kaczor

Paweł Kwieciński jest specjalistą od Świętokrzyskich osobliwości, zna tam już wszystkie dróżki (moją rodzinną wieś też – St. Malara) i wie, czym nas zainteresować, szkoda, że zainteresowanych było trochę mało, jak na możliwości autokaru.

Wracamy do „Szkielecczyzny”, jak to żartobliwie niektórzy określili. Droga przez Bochnię (tam ciekawy obiekt mieszkalny, udekorowany pisuarami, tak, tak, to nie pomyłka), dalej przez Uście Solne – gdzie nasza Raba ucieka do Wisły, przez Solec Zdrój – ten uzdrowiskowy, gdzie najjjjjlepsza ponoć siarka do leczenia. Maleńka miejscowość, ale z uroczym parkiem. No i dotarliśmy do Stopnicy, gdzie ukazał nam się maleńki kościółek farny w stylu gotyckim św. Piotra i Pawła, który wybudował król Kazimierz Wielki w latach 1349- 1362. Był to kolejny z kościołów ekspiacyjnych za śmierć ks. Baryczki. 

„To gotycka świątynia z wielobocznie zamkniętym prezbiterium. Sklepienie krzyżowo-żebrowe wpierają kolumny. Do kościoła przylegają: wybudowana na przełomie XV/XVI w. kaplica św. Anny z obrazem św. Anny Samotrzeć i barokowa – Matki Bożej Różańcowej z 1645 r., ufundowana przez Adam Hinka herbu Topór. Znajduje się tutaj słynący łaskami obraz Matki Bożej Stopnickiej w barokowym ołtarzu. W prezbiterium można podziwiać dobrze zachowane antepedium z płaskorzeźbami przedstawiającymi m.in. króla Kazimierza Wielkiego oraz zwornik z głową fundatora kościoła i herbem ziemi dobrzyńskiej. Ołtarz główny zdobią figury św. Piotra i Pawła. Na sklepieniu nawy – zachowały się zworniki, z herbami województw ówczesnego Królestwa Polskiego i szlacheckie herby.”

Jednakże największą „atrakcją” tego miejsca jest ksiądz, który nas oprowadzał, ogromny pasjonat historii kościoła i wspaniały gawędziarz.

No i pierwsza historia kawowa – Paweł mówił, że w tych stronach nie ma co liczyć na jakieś miejsce (czytaj kawiarnie) do wypicia kawy. Nie bardzo mu uwierzyliśmy, a powiedzenie miejscowych, że „kawę to się pije w domu” przyjęliśmy jako anegdotę.

No, kawy nie było, więc pojechaliśmy dalej, do Szydłowa, przepięknego miasta za murami, z zamkiem, synagogą, bramami, ciekawa historią. Kto nie był – zdjęcia Stasiu Malara robił i co inni też. Piękny, duży rynek, kawiarni ani śladu, kawy – ani śladu…. Historia druga: to nie możliwe, bo u nas w takim ryneczku byłyby ze trzy kawiarnie….

I tak naprawdę potem – mówiąc żartem- jechaliśmy śladami nieistniejących kawiarni. No, ale po drodze był Raków, z ogromnym, zabetonowanym rynkiem, gdzie w czasie upałów jest na pewno pusto, ale za to na rynku są raki przy fontannie, aż trzy…

„Miasto Raków założył w 1569 roku kasztelan żarnowski Jan Sienieński, ogłaszając w nim tolerancję religijną. Nazwa miasta pochodzi od herbu Warnia (inaczej: Rak), który był rodowym godłem Jadwigi Gnoińskiej, żony założyciela Rakowa.

Raków w krótkim czasie stał się centrum życia braci polskich zwanych arianami mieszkających w Polsce, jako że założyciele miasta byli wyznawcami ruchu reformatorskiego. Pod koniec XVI wieku założono drukarnię ariańską. Na początku XVII wieku wybrano Raków na ośrodek organizacyjny zboru ariańskiego. Miasto szybko się rozwijało, ale już miastem być przestało”, za to ma jedną zaletę… była kawa w knajpce „Pod Gąską”. Kiedy jednak Pani kelnerka usłyszała, że ma zaparzyć 4 kawy, to zadrżały jej ręce, bo jedno, co tam się serwowało to 50-dziesiąteczki. Natomiast wkoło rynku trzy duże markety… i już.

Potem Paweł obiecywał, że zawiezie nas do haremu, myślałyśmy, że żartuje… No to pojedźcie kiedyś do miejscowości Grabki Duże, a tam…

”jeśli ktoś zdecyduje się jechać z Kielc, by odwiedzić Szydłów, warto na chwilę zatrzymać się po drodze, w pewnym tajemniczym miejscu, czyli w Grabkach Dużych. Stoi tam pałacyk o niezwykłym wyglądzie i równie niezwykłej historii, czasem nazywany „orientalnym” lub „haremem”. To późnobarokowy pałacyk, właśnie o charakterze orientalnym, jakich niewiele jest w tej okolicy. Wybudował go w 1742 roku kasztelan małogoski Henryk Rupniewski herbu Śreniawa, akurat zaprojektował budowlę włoski architekt Franciszek Placidi. Dlaczego akurat taki typ budowli kasztelan sobie wybrał? Prawdopodobnie to wpływ tureckiej niewoli, w której przebywał i to aż 20 lat! (Pojmały został w bitwie pod Wiedniem 1683 roku). Tyle lat czekał na okup, który miała złożyć za niego rodzina (szczególnie liczył na zamożnego stryja biskupa), ale niestety, nikt nie kwapił się wydać za niego ani grosza. Wolność dała Rupniewskiemu zmiana wiary, przeszedł na islam.

A dlaczego pałacyk nazywany jest „haremem”? Są różne teorie, jednak sama zmiana religii już daje do myślenia. Podobno po powrocie do kraju Rupniewski pragnął żyć zgodnie ze swą religią, nawet jego pierwszym pomysłem było wybudowanie meczetu, ale nie uzyskał na to zgody od ówczesnych władz. I tak powstał orientalny pałacyk, zwany właśnie „haremem”. Niektórzy twierdzą, że nazwa powstała przez złośliwość rodziny kasztelana, który to po powrocie z niewoli nie stronił od kobiet, a wręcz przeciwnie, i umieścił je wszystkie w tym pałacu. Inni uważają, że na złość stryjowi, który go zawiódł, przywiózł z Turcji wiele swoich żon i to dla nich wybudował ten wspaniały pałac. Jeszcze inna wersja wyjaśniająca „przydomek” budowli, związana jest z kształtem i rozmieszczeniem pomieszczeń w jej środku. Pałac zbudowany został na planie ośmioboku. Na dole znajduje się wielki salon (podobno niegdyś sypialnia kasztelana), obudowany mniejszymi salonikami symetrycznie rozłożonymi. Na piętrze są również symetrycznie rozłożone, liczne pokoiki i balkon, z którego można obserwować dolny salon. W podziemiach są natomiast korytarze i kanały, tworzące bez mała labirynt. Jak przystało na orientalną budowlę, obok głównego budynku stoją dwa mniejsze, zbudowane na planie czworoboku: jedna to herbaciarnia, druga służyła do modlitw.

Uzupełniając historię pałacu należy wspomnieć o samym kasztelanie, który wiódł życie niezbyt chwalebne. Otóż w wieku około 60. lat poznał on pannę, wychowankę szydłowskiego proboszcza, i zakochał się w niej bez pamięci. Ponieważ opiekun panny nie wyrażał zgody na związek (prawdopodobnie ze względu na opinię kasztelana), Rupniewski pewnego dnia porwał pannę i umieścił ją w grabkowskim haremie. Czyn ten jednak został potępiony i źle skończył się dla porywacza, bo gdy pewnego dnia wracał do pałacu, uciekając przed pościgiem, jego rozpędzony wóz roztrzaskał się o jedno z drzew rosnących przy pałacu, a sam kasztelan zginął od własnego sztyletu, na który to upadł podczas wypadku. Mówi się jeszcze, że diabli zabrali jego duszę, ale czy to prawda, czy legenda, każdy niech sam zdecyduje.

Co do późniejszej historii pałacu, to w 1831 roku został on spalony, ale go odbudowano. Podczas II wojny światowej, latach 1944-45, ponownie uległ poważnym zniszczeniom. Odbudowano go ponownie i zrekonstruowano dzięki dotacjom Państwa. Po wojnie był siedzibą Wojewódzkiego Ośrodka Doskonalenia z Małogoszczy, który to dbał o budynek, jednak po upadłości Ośrodka, majątek przejęła gmina Szydłów. Wówczas pałac popadał w ruinę. Uratowała go osoba prywatna, która zakupiła w 1991 roku cały majątek, odremontowała pałac i dba o niego do dziś. Można więc ten niezwykły budynek obejrzeć jedynie z daleka, a stoi on na końcu alei z drzewami będącymi pomnikami przyrody. Cisza i piękno tego miejsca, oraz znajomość jego historii, z pewnością przyniosą zadowolenie niejednemu turyście.”

Zacytowałam spory kawał tej opowieści, bo to taka orientalna ciekawostka.

I wreszcie Opatów, dla mnie perełka architektury, chyba nie tylko dla mnie…

„Najstarsze, bo pamiętające początki drugiego tysiąclecia, dzieje Opatowa wiążą się z zespołem osadniczym na wzgórzu książęcego Żmigrodu, który następnie miano Opatowa otrzymał. Zespół, składający się z grodu i co najmniej dwóch osad, zajmował północny brzeg płynącego głębokim lessowym jarem potoku Łukawa (Opatówka). Stał tam kościół pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny, który do 1471 roku pełnił funkcję kościoła parafialnego. Jednak wkrótce po jego wybudowaniu na przeciwległym, południowym brzegu Łukawy wzniesiono monumentalną romańską kolegiatę św. Marcina – trójnawową bazylikę z transeptem i dwoma wieżami w zachodniej fasadzie. Długosza wersja do dziś jest najbardziej tajemnicza i „egzotyczna”. Wg niej kolegiatę św. Marcina mieli zbudować Templariusze. Sprowadził ich na te tereny Henryk Sandomierski, jedyny (udokumentowany) polski władca, który nie wymawiając się brakiem w Ziemi Świętej piwa niezbędnego Słowianom do życia w gorącym klimacie, wyruszył wraz z pocztem rycerstwa Ziemi Sandomierskiej na krucjatę w 1154 roku, aby zmazać rzuconą na siebie klątwę. Henryk Sandomierski rzekomo osadził Braci Świątyni Salomona w Opatowie. Pierwszym komandorem został jednocześnie pierwszy znany z imienia polski Templariusz – Wojsław (Wielisław) Trojanowic herbu Powała, zwany jerozolimskim. Komandoria miała przetrwać do 1237 roku.”

Żeby ocenić, trzeba tam pobyć, z głową do góry, bo w takim jednym miejscu spotkało się tyle historii… I wreszcie za murami, z pięknym widokiem na kolegiatę była kawa, były krówki opatowskie, taaaakie duuuże…

Już prawie pod wieczór pojechaliśmy do Klimontowa, aby zobaczyć miasto założone przez Jana Zbigniewa Ossolińskiego z dwoma cennymi kościołami. W 1901 urodził się tu poeta Bruno Jasieński. Od 2002 roku każdego lata w Klimontowie odbywa się poświęcony pisarzowi festiwal Brunonalia.

„Kolegiata św. Józefa w Klimontowie (zwana kościołem farnym lub infułackim) – rzymsko-katolicka świątynia ufundowana w 1637 przez Jerzego Ossolińskiego. Kościół zbudowano w latach 1643–1650 według projektu Wawrzyńca Senesa w stylu barokowym. Biskup Piotr Gembicki w 1648 roku wyniósł świątynię do godności kolegiaty z proboszczem infułatem. Przywilej infuły zachowywany był do roku 1950. Kościół jest głównym budynkiem parafii klimontowskiej. Kolegiata leży na szlaku Małopolskiej Drogi św. Jakuba.

Kościół Najświętszej Maryi Panny i św. Jacka w Klimontowie – rzymskokatolicka świątynia ufundowana przez Jana Zbigniewa Ossolińskiego w 1613 roku. Pierwotnie kościół wybudowany został w stylu późnorenesansowym na bryle gotyckiej. Ołtarz wykonany jest w stylu barokowym, nawy boczne, ambona i konfesjonały w stylu rokoko. Po 1795 roku przemieniono budynki klasztorne na lazaret wojskowy. W 1901 zmarł ostatni rezydujący w Klimontowie dominikanin. Po I wojnie światowej wykorzystywano budynki w celach edukacyjnych. Do 2005 roku miesiło się tam Liceum Ogólnokształcące. Obecnie budynek jest niewykorzystywany. Kościół znajduje się na trasie Małopolskiej Drogi św. Jakuba.”

Jedziemy, jedziemy przez lasy, przez…  nie przez góry, tam gór nie ma takich jak u nas… ale przez jeziora i do jeziora dojechaliśmy, w pięknym Goleniowskim lesie – ośrodku wypoczynkowym lotników mieliśmy spędzić noc, niektórym się dostały pokoje małżeńskie, a niektórym pokoje z małżonkami…

Drugi dzień, niektórzy obudzili się z bolącymi głowami…i znowu szukali kawy.

Ci, co widzieli, to zobaczyli w Złotym Lesie odrestaurowaną za unijne fundusze pustelnię pokamedulską w Rytwianach. Tu kręcono dwa odcinki filmu „Czarne chmury” i tu też obok kościółka jest maleńkie muzeum tegoż serialu.

„Klasztor w Rytwianach to najcenniejszy nie tylko w skali regionu, ale również i Polski a nawet Europy, pokamedulski zespół sakralny. Powstał w 1621r. z fundacji Jana Magnusa Tęczyńskiego, usytuowany na niewielkim wzniesieniu, pośród wspaniałych lasów, jest oddalony o kilka kilometrów od ludzkich siedlisk. Klasztor wraz z zabudowaniami był drugim, po krakowskich Bielanach ośrodkiem kamedulskim w Polsce. W kryptach pod kościołem znajdują się groby zakonników, w kapitularzu grobowiec rodziny Radziwiłłów, a w podziemiach kaplicy p.w. św. Romualda sarkofag Stanisława Łukasza Opalińskiego. Ołtarz główny klasztoru zdobi obraz przeora rytwiańskiego klasztoru w latach 1623-32Venant da Subiaco. „

Uczestniczyliśmy we mszy św. która była odprawiana w tych zabytkowych wnętrzach w intencji 7 rocznicy ślubu Radziwiłła, tak, tak… Jeżeli chcecie zobaczyć, jak wyglądał Ślub Artura Radziwiłła, wnuka ostatniego właściciela Rytwian to zapraszam na YOU TUBE…

Na koniec Pałac w Kurozwękach, zabytek ale najbardziej znany z hodowli bizonów. Powieziono nas wozem na pole, gdzie w trawie leżały sobie, te wielkie i te małe, dopiero co urodzone bizoniątka.

Piękny zakątek, warto tu przyjechać, ale póki co – kielecczyzny już wystarczy.

Autor: Stanisława Majda-Gulgowska

26 stycznia 2014 5.30 rano, ciemno, zimno (-10), oczy się zamykają, śnieg sypie, nie widzę drogi do garażu a obiecałam zabrać Pawła z Grażynką i Anię.

Mocna kawa z ekspresu i spojrzenie na telefon: może Jacek zadzwoni albo Marysia, że nie jedziemy. Ale chyba wszyscy bali się Prezesa, bo to On zaproponował tę wycieczkę, ale …kto by śmiał się sprzeciwić… oczywiście żartuję. Kto rano wstaje… ten dojeżdża na miejsce. Górale mówią, że kto rano wstaje, ten daleko zajedzie, no i zajechaliśmy do SOBOLOWA. 

Tak niedaleko a taka perełka sakralna. Nie wiem czy się tak uczciwie skupiłam, bo starałam się dopatrzyć wszystkich pięknych elementów. Ale po drodze Basia Oberwan chciała nam opowiedzieć niemal wszystko o okolicy Gdowa, co jest oczywiście niemożliwe i miała pewien niedosyt, że droga do Sobolowa tak szybko uciekała. Ale co się odwlecze – to nie uciecze…

„Patronką parafii w Sobolowie jest Matka Boża Różańcowa Łaskawa Wybawicielka z Czyśćca. Kościół p.w. Wszystkich Świętych – jednonawowy, drewniany, przebudowany w charakterze pseudoregionalnym, zrębowy, szalowany, kryty gontem. Zbudowany w drugiej połowie XVI lub pierwszej połowie XVII wieku, powiększony w latach 1923-33, według projektu B. Tretera. Polichromia ornamentalna, malowana przez F. Przebindowskiego w 1929 roku. W prezbiterium fragmenty malowideł barokowych z XVIII wieku. Ołtarz główny barokowy, w nim Matka Boża z Dzieciątkiem, zapewne początek XVII w., odnowiony w 1958 r. przez W. Kasprzyka, w 1740 r określany jako „łaskawy”. Dwa boczne ołtarze, ołtarz w kaplicy św. Anny i ambona rokokowe z drugiej połowy XVIII w.” Zachęcam do powrotu latem.

Potem Jacek z P. Marianem powieźli nas – tylko sobie znanymi drogami – do Chełma 

k. Bochni. Kierowca dowiózł nas niemal na Grodzisko, gdzie Jacek „pokazywał nam przepiękną panoramę„ i też trzeba wrócić i zobaczyć, bo Jackowi się wierzy. Potem niespodziewanie przy powrocie zagarnął nas do Muzeum Parafialnego (a parafia to znakomita bo od XIII w. należała Bożogrobców Miechowskich) za sprawą ks. Antoniego Tworka – wielkiego pasjonata tworzącego muzeum, ale któremu koniecznie parafianie powinni pomóc, bo zbiorów dużo i ciekawych, a ks. Antoni sił ma coraz mniej.

O dziwo się wypogodziło i nawet przez chmurki przebiło się słoneczko i w takim klimacie dojechaliśmy do Szczepanowa, pod kościół, bo to tu koncentruje się życie pielgrzymów. Szczepanów –„jak nazwa wskazuje” związany z postacią Św. Stanisława, który w tej miejscowości się urodził w 1036 roku i tu przy cmentarzu jest maleńka kapliczka, w której jest fragment dębu, pod którym Bogna – matka Stanisława urodziła i obmyła w źródełku (jest studnia w tym miejscu).

Kiedy Św. Stanisław został biskupem w Krakowie i tam też został stracony przez króla Bolesława Śmiałego, którego śmiał napominać za czyny niegodne króla. Król za to kazał go zamordować 11.04.1079 a ciało poćwiartować – co też uczyniono. Został kanonizowany 17 września 1253 roku.

Miejsce pielgrzymowania, piękny kościół Św. Marii Magdaleny i Św. Stanisława. Dla kogoś, kto o tym nie wie, że to są dwa przytulone do siebie kościoły to jest zaskoczenie. Pierwszy zbudowany przez Jana Długosza w 1470 roku z przepięknym sklepieniem krzyżowo-żebrowym, a drugi powstały w 1911 – 1914 roku wg. Projektu profesora Politechniki Lwowskiej Jana Sas-Zubrzyckiego. Trzeba też się pochylić nad postacią Św. Stanisława właśnie w tym miejscu – do czego zachęcam serdecznie.

Na naszym – trochę pielgrzymkowym szlaku- następnym miejscem, gdzie zawędrowaliśmy w tę mroźną niedzielę to Zabawa związana z postacią błogosławionej Karoliny Kózkówny, najmłodszej w dziejach kościoła wyniesionej na ołtarze przez Papieża Jana Pawła II 10 czerwca 1987 r. w Tarnowie.

Najpierw jedziemy do miejsca (Wał Ruda), gdzie stał Jej dom i gdzie się urodziła. Nieopodal las, w którym zginęła śmiercią męczeńską, broniąc przed żołnierzem rosyjskim w 1914 roku swojej czystości. Na wyniesienie na ołtarze czekała 73 lata. W tym roku w listopadzie będzie 100 rocznica Jej śmierci. Podjeżdżamy pod kościół, otwarty i pod ołtarzem piękny sarkofag z ciałem Karoliny. Jest to już czwarte miejsce pochówku Karoliny. Obok jest maleńka kaplica Męczenników i Ofiar Przemocy, gdzie jest krypta w ziemi – tam widzimy dwie trumny, w których była Karolina chowana i wieniec z pogrzebu.

Na parkingu zasypany śniegiem ale widoczny duży biały pomnik ofiar wypadków drogowych. Ciekawy projekt.

Wyjeżdżamy z Zabawy w kierunku Żabna, aby kierować się na kolorową wieś – Zalipie. Wieś rozrzucona ale znana w całym niemal świecie za przyczyną mieszkanki Felicji Curyłowej, która wzorując się na pięknej przyrodzie zaczęła przyozdabiać domostwo kolorowymi kwiatami. Co roku po Bożym Ciele odbywa się konkurs na „Malowaną chatę”. Jedziemy przez wieś, dostrzegając te malowane chaty, chociaż jest ich już niewiele, bo 30.

Podjeżdżamy pod dom Curyłowej, który jest w tej chwili muzeum, obok sklepik, w którym można kupić drobiazgi w kwiaty zalipiańskie. Jeszcze po drodze zaglądamy do Kościoła Św. Józefa – a jakże – pięknie pomalowanego, a że to jeszcze czas choinek – to widzimy przepiękne banieczki ręcznie malowane. Trochę już jesteśmy głodni i zajeżdżamy do zagrody agroturystycznej, wyczajonej przez Jacka – „U Babci”. Na stole pojawia się jarzynowa zupka, Gołąbki i ciasteczko, a przede wszystkim córka gospodarzy – wielka miłośniczka swojej malowanej wsi, która arcyciekawie opowiada o swojej pasji ( zresztą potwierdzonej dyplomem uczelni). Jeszcze Jacek raczy nas kolędami w j.węgierskim, wspólnie śpiewamy też nasze kolędy i po zwiedzeniu starej kuźni wnosimy do autobusu kolejne warstwy śniegu, no i pora do domu wracać. Po drodze sprawdzamy jak się wjeżdża i zjeżdża z autostrady A4 – trudno się w tym połapać, chociaż czuwają nad tym trzy osoby, ja nie – bo już mi się drzemie.

Autor: Stanisława Majda-Gulgowska

Góry Choczańskie jest to grupa górska w Karpatach Zachodnich, należąca do Łańcucha Tatrzańskiego. Leży w całości na terenie Słowacji. Ma formę pasma rozciągniętego ze wschodu na zachód na długości ok. 18 km. Graniczy od północy z Pogórzem Orawskim, od wschodu poprzez Kwaczańską Dolinę z Tatrami Zachodnimi, od południa z Kotliną Liptowską, a od zachodu poprzez przełęcz Brestova z tzw. Szypską Fatr, będącą najdalej na północ wysuniętą częścią Wielkiej Fatry.

W obrębie Gór Choczańskich wyróżniamy szereg głębokich dolin, z których najbardziej znanymi są Dolina Kwaczańska i Dolina Prosiecka które to mieliśmy okazję pozwiedzać za przyczyną Pawła Kwiecińskiego, który ten region „ulubił” i słusznie, bo warto tam wracać o różnych porach i w różnych porach… bo cisza, spokój, piękne łąki i widoków co niemiara

Zaczęliśmy wyprawę od Doliny Prosieckiej.

Całą długością doliny biegnie niebiesko znakowany szlak turystyczny z Prosieka do Wielkiego Borowego. W gardzieli Wrót przy dolnym wylocie doliny przejście suchą nogą umożliwiają drewniane kładki ułożone nad nurtem Prosieczanki. Niski próg powyżej posiada ubezpieczenie łańcuchem. Przejście progów Sokoła w górnej części doliny to mała wspinaczka gdyż zainstalowano tu trzy stalowe drabiny oraz łańcuch ubezpieczający trawers przez skalną ściankę powyżej. Przejście z Prosieka do skrzyżowania szlaków turystycznych na Svoradzie to ok. 2 godz. a do Wielkiego Borowego jeszcze ok. 50 min. Z Wielkiego Borowego ruszyliśmy do doliny Kwaczańskiej.

Wędrówka Doliną Kwaczańską – wędrówka o niewielkim stopniu trudności prowadzi głęboką doliną.

Jest to dolina w formie wąwozu ze skałami i stromymi ścianami skalnymi. Potok wytwarza tutaj wodospady i kaskady. W Dolinie Kwaczańskiej (Narodowy Rezerwat Przyrody) w części Oblazy przy spływie potoków Hutianka i Borovianka, które zapewniają wystarczający przepływ rzeczki Kwaczanki, zostały zachowane unikalne drewniane młyny wodne wykorzystujące siłę wodną rzeczki. Pochodzą z pierwszej połowy XIX wieku.”

Myślę, że grupa miała wiele wrażeń a i mocno się przypociła i o to właśnie chodzi.

Autor: Stanisława Majda-Gulgowska

Dnia 17 listopada 2013 r. jeden z naszych przewodników pan Piotr Przęczek zabrał nas na wycieczkę śladem walk partyzanckich w czasie II wojny światowej na terenie powiatu myślenickiego. Odwiedziliśmy m.in. Dobczyce, Czasław, Poznachowice, Lipnik, Glichów, a także Porębę, Wiśniową, Raciechowice, Stadniki, Kędzierzynkę i Skrzynkę. 

Naszą wycieczkę rozpoczęliśmy na dobczyckim rynku, gdzie przewodnik opowiadał o akcji odbicia przez żołnierzy Armii Krajowej aresztowanego przez Niemców Andrzeja Woźniakowskiego ps. „Prawdzic”. Na ul. Kilińskiego wspomniano o tajnym nauczaniu (tzw. tajnych kompletach) prowadzonych w Dobczycach. Ciekawostkę stanowią ślady gąsienic radzieckiego czołgu ciężkiego IS-2, widoczne do dnia dzisiejszego na jednym z budynków. Pojazd ten szturmował Dobczyce w styczniu 1945 r., po wkroczeniu do miasta został poważnie uszkodzony przez żołnierzy niemieckich. Drugim materialnym śladem tamtych wydarzeń jest fragment gąsienicy znajdujący się w zbiorach Muzeum Regionalnego na zamku. 

Drugim przystankiem naszej wyprawy była miejscowość Czasław, przy miejscowej szkole znajduję się pomnik poświęcony Tadeuszowi Pilchowi , zastrzelonemu przez niemieckiego żandarma. W Czasławiu urodził się również Ludomił Rayski – generał Wojska Polskiego, głównodowodzący lotnictwa w latach 1926-1939. Pan Piotr Przęczek przywołał również postać Franciszka Mroza ps. „Żółw”, „Bóbr” – żołnierza Armii Krajowej ze Skrzynki. Z Czasławia wyruszyliśmy na Grodzisko, pod pomnik oddziału partyzanckiego „Śmiały”. 

Czwartym już przystankiem była zachowana do dnia dzisiejszego gajówka Wojciecha Piwowarskiego ps. „Rogacz”. Jest to miejsce szczególne ponieważ w czasie istnienia tzw. „Rzeczpospolitej Raciechowickiej” mieściła się tutaj siedziba komendanta obwodu AK „Murawa”. W niedalekim Glichowie w 1944 r. rozegrała się potyczka między miejscowymi oddziałami partyzanckimi a Niemcami. 

W Porębie słynącej z działalności dużej ilości warsztatów kamieniarskich, odwiedziliśmy pomnik ku czci partyzantów. Na tablicy pamiątkowej wymieniono m.in. potyczki o Dąbie, Dobczyce, Fałkowice, Kasinę Wielką, Myślenice, Szczyrzyc i Zawadę. Miejscem szczególnym, uświęconym niewinną krwią Polaków są miejscowości Lipnik i Wiśniowa, które padły ofiarą niemieckiej pacyfikacji we wrześniu 1944 r. Mieszkańcy zamordowani w tym czasie spoczywają na cmentarzu parafialnych w Wiśniowej.

Po krótkim odpoczynku i posiłku w Szczyrzycu, ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu śladów działalności partyzantów w powiecie myślenickim. Dotarliśmy do Mierznia, gdzie pan Piotr Przęczek zaprowadził nas do lasu i pokazał oryginalne okopy z okresu II wojny światowej. Na zakończenie dotarliśmy do „stolicy” Rzeczpospolitej Raciechowickiej, czyli Raciechowic. Tam zobaczyliśmy pomnik upamiętniający jej istnienie oraz wysłuchaliśmy historii tego miejsca opowiadanej przez przewodnika. W drodze powrotnej zwiedziliśmy cmentarz parafialny w Stadnikach, tam zobaczyliśmy m.in. grób partyzancki. 

Dziękujemy za tą wspaniałą lekcję historii !

Autor: Michał Kowalik (spisano na podstawie relacji pana Piotra Przęczka)

To była ostatnia wycieczka (16 IX) przed zakończeniem sezonu na Śnieżnicy. Wrześniowa pogoda dopisywała, chociaż w powietrzu przy słońcu na Podhalu wietrzyk niósł przedsmak zimy. Minęliśmy piękny drewniany kościół w Rdzawce i zatrzymaliśmy się w Ludźmierzu. Tu powitała nas gaździna Podhala Matka Boska Ludźmierska. Jej figura jest umieszczona w ołtarzu głównym, niepozornej wielkości, a jednak otoczona kultem i koronowana. Związała również ze sobą Jana Pawła II, wręczając mu swoje berło. Za kościołem jest pięknie urządzony plac z tzw. dróżkami różańcowymi.

Kolejnym naszym etapem był Nowy Targ. Któż nie pamięta słynnych „relaxów” z nieistniejącej już fabryki obuwia? – chodziło w nich całe pokolenie Polski południowej przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. W tym mieście naszym celem był niewielki drewniany kościółek p. w. św Anny, obecnie znajdujący się w obwodzie cmentarza na malowniczym wzgórzu. W środku odnowione polichromie – jedna ze scen obrazuje legendę związaną z powstaniem tegoż kościółka. Po uczcie duchowej, w samym ryneczku miasta wzmocniliśmy ciało pysznymi lodami na wagę. Następnie udaliśmy się do położonego obok lotniska rezerwatu „Bór na czerwonem”. Chodzi o torfowisko wysokie, unikalne w tej części Europy. Leśniczy powiódł nas pięknie przygotowaną ścieżką edukacyjną. Odwiedziliśmy również „Rezerwat Przełom Białki pod Krempachami”. W jednej z jaskiń są ślady bytowania jaskiniowców, którzy posługiwali się bumerangiem. Na koniec biesiadowaliśmy w stylowo urządzonej karczmie sycąc się regionalnymi potrawami.

Autor: Ewka Tkaczyk 

To był 16 czerwiec 2013, pogoda piękna, słoneczna – bez upału. Grupa duża i prowadziła Majka – oczywiście robiła to fantastycznie. Beskid Śląski jest dużo lepiej zagospodarowany turystycznie w stosunku do naszego Beskidu Wyspowego, a szkoda. Jest wiele szlaków: rowerowych, pieszych, nartostrad, miejsc noclegowych. Padło wiele informacji o walorach turystycznych tego rejonu. Przejeżdżaliśmy przez Wisłę, rodzinną miejscowość Adama Małysza, popatrzyliśmy na skocznię, z której można skakać bez śniegu.

Pieszą wyprawę rozpoczęliśmy od Przełęczy Salmopolskiej lub jak kto woli Białego Krzyża. Widokowo trasa piękna, w zasadzie idzie się grzbietami, które wijąc się dają możliwość oglądania obiektów z różnych stron. Na szlaku panował ruch, mijaliśmy wiele pięknych panoram. Szliśmy (na pewno) czerwonym szlakiem do Malinowskiej Skały, a potem (prawdopodobnie) zielonym. Widoczność była bardzo dobra, można było podziwiać Jezioro Żywieckie. W schronisku na Skrzycznem z przyjemnością biesiadowaliśmy, wsłuchując się w śląską gwarę. Jednak pogoda zaczęła się zmieniać. Początkowo bojowo nastawiona grupa do zejścia pieszego, zmieniła zdanie gdy zobaczyła perspektywę zejścia – duże nachylenie.

Grzmoty zrobiły swoje i większość wyciągiem zjechała do Szczyrku. Znalazło się jednak trzech śmiałków którzy z połowy góry zeszli na nogach (Marysia, Ziutka i Staszek). Sforsowani byli mocno i w dodatku jakież było ich zdziwienie, gdy zorientowali się, że pozostali jadą i patrzą na nich z góry. Tak naprawdę należą im się za ten wyczyn – brawa.

I takim to humorystycznym akcentem zakończyliśmy pieszą wyprawę. 

Potem już autokar powiózł nas w nasze rodzinne strony.

Autor: Ewka Tkaczyk

Wyjazd rano, ale nie za wcześnie. Mkniemy autostradą A4, w kierunku Katowic. W okolicach Krapkowic odbijamy na Górę Św. Anny, obok której przejeżdżałem dziesiątki razy i nigdy nie było „po drodze” a, jak się okazało, szkoda. Miejsce ciekawe pod względem geograficznym, krajobrazowym, i przede wszystkim historycznym.

Następny etap to niestety bardzo krótki pobyt w Kamieniu Śląskim i tamtejszym sanktuarium. Ciekawostką jest fakt, że w 2004 roku wioska ta zdobyła tytuł „Najpiękniejszej Wsi” w konkursie Piękna Wieś Opolska. W ocenie chyba wszystkich wycieczkowiczów słusznie. Kolejnym etapem była Moszna z pałacem i parkiem założonym przez jedną z najbogatszych rodzin z przełomu XIX i XX wieku rodzinę von Tiele Winkler’ów. To trzeba zobaczyć – zarówno pałac jak i park.

Następny etap to Prudnik z sanktuarium Św. Józefa w którym w latach 1954–1955 przetrzymywano kard. Wyszyńskiego. Stamtąd prosto do Paczkowa na nocleg. Chyba większość z wycieczkowiczów była zaskoczona istnieniem „przewodników-amatorów” których można spotkać w mieście i za przysłowiowe „dziękuję” wysłuchać ciekawej historii miasteczka. Nam trafił się bardzo sympatyczny licealista i „nauczał” nas przez chyba godzinę.

W niedzielę po porannej mszy i śniadaniu jazda do Złotego Stoku z kopalnią (niestety nieczynną) złota. Tak naprawdę to wydobywano tam arsen, a złoto stanowiło dodatek do rudy (co prawda dość cenny). O przewodniczce nie wspomnę (również cenny dodatek do kopalni). Ostatnim ważnym punktem naszej wycieczki była Srebrna Góra z Fortem Wysoka Skała. Wzniesiono go w latach 1769-1772. Załogę stanowiło ok. 70 żołnierzy. Fort posiadał magazyny: żywności, prochu (prawie 95 ton !!!), własną studnię o głębokości 69 m.

Fort Wysoka Skała nie został nigdy zdobyty. Pod koniec lat dwudziestych XX wieku został wyremontowany i był atrakcją turystyczną. W latach drugiej wojny światowej zlokalizowano w nim podobóz oflagu VIII b dla szczególnie niebezpiecznych więźniów. Podobno ucieczka była niemożliwa. Niestety nasi tego nie wiedzieli i 10 oficerów uciekło (trzech skutecznie siedmiu złapano). Po Forcie i historii tego obiektu oprowadzał nas żołnierz z czasów wojny francusko–pruskiej 1806–1807. Oprowadzanie odbyło się łącznie z demonstracją uzbrojenia artyleryjskiego fortu, jak i indywidualnego załogi.

Było dość głośne.

Trzeba przyznać, że jak na żołnierza przewodniczka dysponowała dużą wiedzą militarną i swadą opowiadania.

Pożegnaliśmy się składając datki mające na celu zapobieżenie śmierci załogi fortu z pragnienia (piwo), i obraliśmy kierunek „do domu”.

Autor: Tomek Pytlak

„Wędruję pośród wzgórz, rozwiane włosy mam,

A góry są tuż, tuż, a oczy patrzą w dal…”

W niedzielny poranek 28.04.2013. przy PTTK oczekiwał na autokar liczny ‘rząd dusz’ spragnionych wypróbowania swej kondycji na wiosennym szlaku. Jeśli jeszcze ktoś miał na sobie resztki tegorocznej zasiedziałej zimy, to zostały one spłukane przez wiosenny deszcz, który towarzyszył nam podczas zbiórki i wyjazdu z Dobczyc. W każdym razie nie udało mu się spłukać z nas dobrego humoru. Porzekadło mówiące, że ‘przykład idzie z góry’ jak najbardziej się sprawdziło… Pogodą oblicza i ducha promieniował szef wycieczki – Kazek Gierlach. W drodze do pierwszego punktu eskapady – Zakliczyna n. Dunajcem – panująca w autokarze pogoda ducha szybko osuszyła zmoczone peleryny. W Zakliczynie zaparkowaliśmy przy kościele św. Idziego i dołączyliśmy do parafian oczekujących na niedzielną mszę św. Po wypełnieniu chrześcijańskiego obowiązku przyszedł moment na obejrzenie i podziwianie pięknego barokowego wyposażenia kościoła (ci, którzy śmiało ruszyli do pierwszych ławek mieli taką możliwość już podczas mszy), zwłaszcza ołtarzy wykonanych przez Piotra Korneckiego Gdowa (ok. 1768 roku). Po tym przyszła pora na spacer do serca tej malowniczej miejscowości – do Rynku z parterowym klasycystycznym ratuszem z przełomu XVIII i XIX wieku. W trakcie spaceru przyglądaliśmy się malowniczej zabudowie: parterowym drewnianym domom konstrukcji dziewięciosłupowej z okapami. Cóż… małe jest wdzięczne. Tak też jest z małomiasteczkowym klimatem Zakliczyna i wielu podobnych małomiasteczkowych perełek: wdzięczny widok, tak dla oka, jak dla obiektywu. Po tej pierwszej porcji wrażeń ruszyliśmy dalej na naszą pogórską eskapadę. W Lusławicach wyskoczyliśmy na kilka minut z autokaru przy nowoczesnym Europejskim Centrum Muzyki powstałym z inicjatywy profesora Krzysztofa Pendereckiego a dedykowanym artystycznie utalentowanej młodzieży z całej Europy. Interesująca kontynuacja tradycji Szkoły Lusławickiej, założonej przez Braci Polskich i działającej w tym miejscu na przełomie XVI i XVII wieku. Rzut oka przez ogrodzenie na ten nowoczesny kompleks, wymiana wrażeń i poglądów na ideę tego szacownego obiektu i kwestię jego komponowania się z otoczeniem, zbiorowa fotografia i dalej, dalej, tym razem już na łono wiosennej przyrody. Uff… w końcu coś dla zagorzałych piechurów. Opuściliśmy autokar w dolinie szemrzącej Paleśnianki… Cisną się na usta wersy popularnej piosenki „Gdzie strumyk płynie z wolna…” Stokrotki już są, tylko że w naszej grupie nie ma żadnego gapy… Wszyscy dzielnie i ochoczo kroczą krętą i stromą drogą chłonąc piękno stworzenia. Docieramy do malowniczej wioski Jamna z Ośrodkiem Duszpasterstwa Akademickiego o.o. Dominikanów w Poznaniu. Pierwsze kroki kierujemy do młodego Sanktuarium M.B. Niezawodnej Nadziei. To czas na osobiste i intymne spotkanie z Matką Bożą w Zielonej Sukience, kolorze nadziei. Ikona M.B. Jamneńskiej wisi w prawej nawie kościoła. Namalowana została na pamiątkę pacyfikacji wsi Jamna, ukoronowana w 3 czerwca 1998 roku, jest teraz powierniczką trosk i marzeń młodzieży, która coraz liczniej tu przybywa i nadaje temu miejscu niepowtarzalny klimat. Ten klimat daje się odczuć również w Domu Św. Jacka i całym otoczeniu. Drewniany budynek Domu świętego Jacka – dawna szkoła w Jamnej – teraz jest szkołą przygotowującą młodych ludzi do składania świadectwa wiary we współczesnym świecie. Cała jamneńska Republika Dominikana ma swoją niepowtarzalną indywidualność, którą oddaje dewiza:

„Tu możesz się zintegrować, zatrzymać, zamyślić, spotkać ciekawych ludzi i zakochać…”

Pod wpływem takich nastrojów, dzieląc się refleksjami i wrażeniami, przeszliśmy do kolejnej turystycznej jamneńskiej destynacji: do Bacówki na Jamnej. To urocze schronisko dopełnia kolorytu Jamnej. Podczas krótkiego przejścia zachwycamy się jej krajobrazowymi i agroturystycznymi walorami. Kuszą też możliwości pieszych wycieczek, które podpowiadają napotkane drogowskazy. Ileż jeszcze zakątków do odkrycia! Ale tym razem ograniczamy się do podziwiania oryginalnego otoczenia Bacówki i kosztowania jej kulinarnych specjałów. No cóż… żołądek upomina się o swoje prawa a wnętrze Bacówki kusi swoją atmosferą. Rozbawieni degustacją i wzajemnym towarzystwem wracamy do autokaru. Na bramie Bacówki żegna nas sympatyczne motto:

„Wypoczęci szczęśliwie wracajcie do domu, a gdy zatęsknicie – powróćcie tu znowu”

Zjazd z Jamnej stanowi pewne wyzwanie dla p. kierowcy i autokaru, ale nie dla tak rozbawionej ekipy jak nasza. Pewnie dlatego wydaje się nam, że postój pod ruinami zamku w Melsztynie następuje zadziwiająco szybko. Szybko i sprawnie wspinamy się na wzgórze z pozostałościami XV-wiecznej wieży obronno-mieszkalnej i dopełniamy dotychczasowe wrażenia o akcenty historyczne. Przy okazji zatrzymujemy wzrok na zakliczyńskim odcinku doliny Dunajca i próbujemy sobie wyobrazić jak też to wyglądało w czasach świetności tego zamku.

Ostatni przerywnik w powrotnej podróży to spacer do Kamieni Brodzińskiego. Te interesujące formy skalne na pograniczu Lipnicy Murowanej i Rajbrotu wzbogacają naszą pogórską eskapadę o ciekawostkę przyrody nieożywionej. Tym samym zamykamy kolekcję wycieczkowych atrakcji. Każdy z nas wraca z bagażem swoich niepowtarzalnych impresji składających się na osobistą mapę wycieczki, która pozostanie w miłych wspomnieniach a po części na fotografiach.

Autor: Mira Matoga

17 czerwca 2012 – niedziela , grupa najbardziej wytrwałych i tych opornych na wysoką 30 stopniową temperaturę zdecydowała się wsiąść do autokaru i… pojechaliśmy w kierunku Suchej „Beskickiej” – tak właśnie bez Kicka – smoka, który wypił całą wodę ze Skawy i trzeba było aż budować zbiornik w Świnnej żeby choć trochę tej wody nałapać! Góry zaczęły pokazywać nam swoje wielkie oblicze, ale my z samozaparciem wjechaliśmy na wąską, uroczą szosę w kierunku Sopotni Wielkiej – wielkiej bo po wyjściu z autokaru usłyszeliśmy huk niewielkiego wodospadu – tak nam się wydawało, ale pokazuje co potrafi – na górskiej rzece Sopotni. Opłukaliśmy stopy i spojrzeliśmy w górę, na szczęście to Pilsko to było jeszcze daleko- tak gdzieś około 3 godzin.

Kaziu pocieszał i pokazywał Babią Górę żebyśmy się nie denerwowali.

Każdy szedł swoim tempem, kto chciał szybciej – miał taką szansę, kto chciał wolniej – też miał taką szansę – bo na końcu lazła niżej podpisana- ale za to w doborowym towarzystwie – szliśmy i rozmawialiśmy – było bardzo miło i nikt nikogo nie zostawiał i nie popędzał. Pilsko to nie jest Chełm nad Myślenicami – to jest poważna góra – drugi , co do wielkości – po Babiej Górze-szczyt w Beskidzie Żywieckim. Leży po Polskiej i po Słowackiej stronie. 

PILSKO 1557 m npm. Roślinność niemal alpejska – mekka dla narciarzy, a dla turystów – oj widoki takie że hej. Doszliśmy do schroniska na Hali Miziowej – wys. 1350 m npm., ale wierzcie mi, te 1350 to był sukces dla niektórych bardzo osobisty. W takie góry idzie się i wiadomo, że zmęczenie i pot w oczach, nosie, uszach to normalność… Ale za to w schronisku samiutkie specjały : zimne piwo („we szklankach” jak mówi Majka), kwaśnica – a juźci, pyszna kawa – w filiżankach i bardzo dobre inne jadło. Obsługa miła… Prawie ten sam komplet poszedł prawie na sam szczyt, pisało że pół godziny – tak dla zachęty, tylko dlaczego przyszli po półtorej godzinie. Ale to jest Pilsko – góra magiczna w zimie i w lecie, piękna i ten kto był, wie że warto. 

Zeszliśmy przez las (i tu narzekali że w dół to źle i do góry było lepiej – zawsze tak mówią…) do Korbielowa- pięknej miejscowości, niegdyś- a i teraz modnej na letni wypoczynek – bo są góry i jest rzeka i las i dobre piwo…

Warto było – to ogromny wysiłek ale też ogromna satysfakcja

Autor: Stanisława Majda-Gulgowska

Wczesnym świtem Paweł Kwieciński z Grażynką powieźli nas – w sobie tylko znanym kierunku. Słoneczko świeciło rzeźko, więc dosypialiśmy trochę, ale kiedy zaczęły się pojawiać zabudowania Przemyśla – skąpanego w złocistych promieniach – oczy otworzyły się nam szeroko, tym bardziej, że pojawił się napis BOLESTRASZYCE – TO MAGICZNE MIEJSCE o którym tyle się czytało. To raj dla oczu kobiet, ale zauważyłam, że mężczyźni też zostali zauroczeni.

Bolestraszyce – dawna posiadłość Michałowskich ( w dworze tworzył malarz Piotr Michałowski), gdzie utworzono ogromne arboretum, czyli coś na wzór ogrodu botanicznego. Zachwyt budziły nenufary, azalie… ale też uwagę przykuwała samobieżna kosiarka… super. Warto zajrzeć po drodze do tego cudeńka.

No i wreszcie Przemyśl – dla mnie perełka architektury, a za sprawą przewodnika ( tu imię bo nie pamiętam) miasto mnie oczarowało, zresztą nie po raz pierwszy. Pan przewodnik chyba zakochany w swoim mieście, bo czuło się tę pasję i chęć pokazania nam wszystkiego, aż do ciemnej nocy. Spojrzeliśmy najpierw na Zasanie, aby spotkać w tajemniczych okolicznościach Szwejka – tak, tak a to ci dopiero heca. Zaaresztował nam Pawła za to, że porusza się po mieście bez przepustki, na moja prośbę o akt łaski, wydał nam wszystkim stosowne przepustki i tym sposobem zaczęliśmy dopiero spacer po mieście. Trudno to nazwać spacerem, wywłóczył nas przewodnik po różnych zakamarkach – ale chwała mu za to.

Co zadziwia współczesnego człowieka – to „zabudowania” TWIERDZY PRZEMYŚL. Na początku XX wieku była jedną z największych twierdz nowożytnych Europy. Podczas I w. ś. stała się arena krwawych walk. Walczyli tu Austriacy, Węgrzy, Rosjanie, Niemcy, Czesi, Polacy i Włosi. Dziś jest pomnikiem Bitwy Narodów 1914 – 1915. Są to malownicze ruiny zmuszające – po bliższym oglądnięciu do zadumy. Ciche, monumentalne i zagubione w lesie, na łąkach mają wielu pasjonatów. Największe wrażenie na mnie zrobił FORT I SALIS SOGLIO….

Sam Przemyśl – miasto kościołów, kościołów i… kościołów. Miasto spokojne, przyjazne turyście…

Co warto w Przemyślu zobaczyć ? Wszystko ale najpiękniejsze zabytki to:

Archikatedra rzymskokatolicka – gotycka z XV w, obecnie po przebudowie barokowa

Archikatedra greckokatolicka – w dawnym barokowym kościele Najświętszego Serca Jezusowego. W 1991 roku Ojciec Św. Jan Paweł II przekazał kościół grekokatolikom

Kościół i klasztor Karmelitów – z XVII w. Imponujące wnętrze…!!!!

Kościół Franciszkanów – XVIII w. wybudowany na miejscu gotyckiej świątyni. Imponujące bogactwo rzeźb i fresków.

Wieża zegarowa, gdzie mieści się muzeum FAJEK i DZWONÓW

A resztę sobie dooglądajcie, bo nie sposób tego opisać co jeszcze zobaczyliśmy. Ciemną nocą wracaliśmy przez piękne, stare centrum, gdzie stoi pomnik Papieża i można przysiąść na ławeczce koło Dobrego Wojaka Szwejka- co niniejszym niżej podpisana uczyniła…

Jednym z nowszych obiektów, które warto w Przemyślu zobaczyć, to odrestaurowany dworzec kolejowy – przepiękny – jak sala balowa….

Drugi dzień zwiedzania był jak torpeda, czasu mało, a zobaczyć trzeba wiele…

najpierw zamek w Krasiczynie, słynny zamek Krasickich z XVII w. Niestety oglądaliśmy go tylko z poziomu parku, bo impreza zamknięta.. ale może kiedyś…

KALWARIA PACŁAWSKA położona na pograniczu z Ukrainą, co się czuje w obrzędach i wystroju. Założona w XVII w. na wzgórzu nad doliną Wiaru przez Andrzeja Fredrę, który tez sprowadził tu franciszkanów.

Od 1679 roku w kalwaryjskim sanktuarium znajduje się CUDOWNY OBRAZ MATKI BOŻEJ Z KAMIEŃCA PODOLSKIEGO. To Jasna Góra Podkarpacia… spokój i refleksja, a przede wszystkim modlitwa. Uczestniczyliśmy we Mszy Sw.

Żeby już całkiem nam się w głowach pomieszało, to jeszcze na koniec krótka wizyta i zdjęcia zamkniętej cerkiewki greckokatolickiej pw. Św. Onufrego w Posadzie Rybotyckiej.

No i Paweł chciał nam pokazać miejsce internowania Lecha Wałęsy w ARŁAMOWIE, ale że uszliśmy z życiem – to cud, bo w rajdowym tempie wyjechała na nas ochrona remontowanego, zresztą prywatnego już hotelu.

W latach 70 w na terenach zniszczonej wsi powstał Ośrodek Wypoczynkowy Urzędu Rady Ministrów. W oficjalnych dokumentach rządowych oznaczany był kryptonimem „W-2” („W-1” to Łańsk koło Olsztyna)., łącznie 23 000 ha. Całość otoczono wysokim na 3 m ogrodzeniem z siatki o długości ponad 80 km. W ogrodzenie wkomponowane były przejścia dla zwierząt, tak skonstruowane, by dało się przejść tylko w kierunku do środka. Wewnątrz ogrodzonego terenu znalazł się także rezerwat Turnica. Wszystkie drogi dojazdowe zamknięte były stalowymi szlabanami i strzeżone przez uzbrojone patrole wojskowe. Ośrodek służył jako miejsce polowań dla elity partyjno-rządowej oraz ich gości z „bratnich krajów”. Dla nich też zostało zbudowane specjalne lotnisko w Krajnej w pobliżu Birczy.

Niżej podpisana jest zachwycona wycieczką (muszę być, bo to kolega), ale tak po prawdzie to jeden wypad w przemyskie to trochę za mało, tam jeszcze raz bym sobie pospacerowała po tych pięknych kościołach i nie tylko…

Autor: Stanisława Majda-Gulgowska

Niedziela – wcześnie rano, słońce wygląda całkiem okrągło i nadal zapowiada gorący dzień. Luboń – taka sobie „górka” – jak mówią przejeżdżający „zakopianką” – ale ta owa górka ma 1042 m.

Chętnych na piesze wycieczki jest coraz więcej w naszym PTTK, a koledzy z Klubu Przewodników dbają o poziom i odpowiednie wysokości…

Tym razem Majka Gierlach – geograf chciała pokazać przekrój skał Lubonia od strony południowej i północnej. Ale po drodze zahaczyła o Skansen Taboru Kolejowego w Chabówce, najstarsi bawili się jak dzieci – ale to tak bywa, jak za wcześnie schowa się zabawki, wszak dowiedzione jest, że kolejkami najlepiej bawią się Tatusiowie, czasem pozwalają pobawić się swoim dzieciom.

No, ale po zabawie czas na spacer, dobry mi spacer, grzało w plecy niemiłosiernie – jak w środku lata. Nie pomagają kijki, jest ciężko ale grupa wspina się mozolnie na szczyt, trochę zalesiony, ale na polanie docieramy do schroniska PTTK. Niedoświadczeni turyści klasyfikują szlak żółty jako łatwy – no to hejże na Luboń od strony Rabki Zaryte.

Od tego momentu należy wprowadzić pojęcie „przepiechurkowania szlaków”. 

W zaciszu schroniska można coś zjeść, odpocząć… – co grupa czyni, a niektórzy to nawet mówili, że zostaną, tylko nie wiem czy dlatego, że tak pięknie, czy dlatego, że tak zmęczeni…? Ale zmęczenie jest wpisane w wędrówkę, bo to przecież walka z własnym, nieco leniwym organizmem.

Ale po posiłku zejście czerwonym szlakiem na Przełęcz Glisne.

Po paru dniach to zmęczenie mija i zostają wspomnienia.

Autor: Stanisława Majda-Gulgowska

25 marca 2012 stęsknieni i zachęceni wiosennym słoneczkiem „wypadliśmy” na pierwszą nasza Klubową wycieczkę. Łukasz Bajer (Biuro „Horyzonty”) a nasz kolega powiózł nas w nieznane… Autobus zapełniony niemal po brzegi (tylko Prezes urwał się z Majką na Alpejskie opalanie, co potem było widać), to bardzo miłe, że wielu naszych przyjaciół i przyjaciele przyjaciół ufają nam i wybierają się z naszym klubem całkiem w nieznane…

Aktywny wypoczynek stał się niemal nawykiem.

No i zaczęło się…

Trzcinica – Karpacka Troja koło Jasła, to już Podkarpackie. Skansen archeologiczny, który penetrowany był przez archeologów od początku XIX w. a tak na poważne od 1991 roku. Wielu naukowców „zjadło zęby” na tym miejscu. Prowadzone wykopaliska przyniosły sensacyjne odkrycia, uznano, że jest to najlepiej zachowane grodzisko wczesnośredniowieczne w Małopolsce i jedno z najstarszych grodzisk słowiańskich. Wielki wkład wiedzy i pracy wnieśli archeolodzy z Krakowa , jeden z nich Pan Profesor Paweł Valde-Nowak mieszka w Myślenicach. Wielu z nas jednak zwróciło uwagę na budynek obsługi turystów, który w niczym nie przystaje do stojących obok drewnianych, krytych słomą osmańskich chat, po prostu paskudztwo!

Następny nasz spacer to cmentarz w Łużnej, na wzgórzu Pustki. Cmentarz należy do największych w regionie. Pochowani tu są żołnierze walczący w I wojnie światowej. Stanowi on obszar 3 hektarów i spoczywa tu 1201 żołnierzy  Polaków, Węgrów, Rosjan, Austriaków. Spacerujemy wśród mogił, wspinamy się coraz wyżej i wyżej… Cieszy, że cmentarz jest odnowiony, kwatery widoczne i nawet odwiedzane przez rodaków pochowanych żołnierzy. Na niektórych są tabliczki z nazwiskami.

15 lat temu, kiedy tam byłam cmentarz był w opłakanym stanie, zachwaszczony, zarośnięty krzakami, ogrodzenie bardzo zniszczone. Cisza i wieczny odpoczynek dla tych spoczywających tak blisko siebie wrogów, śmierć zbliża…

Chwila dla spragnionych kawy w Bieczu. W małej pizzerii dobra kawa i sałatka z gyrosem z gorącymi bułeczkami. Potem spacer pod piękną Kolegiatę – Farę i spojrzenie na Basztę Plebańską i powrót koło Muzeum Romera. Ostatni wiosenny spacer to Skamieniałe Miasto w Ciężkowicach. Zdziwienie, bo ludzi tak dużo, że Pan Marian dwoi się i troi, żeby bezpiecznie zaparkować. Wiatr się wzmaga co potęguje tajemniczość kamiennych skalnych tworów, czarownice, piekielne skały, potęga Grunwaldu – oto co przyciąga przejeżdżających, bo skały niemal schodzą do drogi…

Mnie się podobało… a Wam… ? Jeżeli tak to zapraszamy na następną z nami wyprawę.

Autor: Stanisława Majda-Gulgowska

Jesienią 2011 roku pojechaliśmy z Dobczyckim PTTK na Śnieżnicę. Szliśmy przez las podziwiając drewniane stacje drogi krzyżowej. Liście powoli opadały z drzew. 

Kierowaliśmy się do schroniska Ks. Jana Zająca. Chcieliśmy tu zakończyć sezon, który był bardzo bogaty w wycieczki.

Były różne konkursy: bieg na czworaka, przechodzenie przez strumyk, dmuchanie gumowej rękawiczki tak żeby nie pękła, skoki na jednej nodze, był też konkurs na najpiękniejszy bukiet wiosenny.

Było bardzo sympatycznie i miło. 

Chcielibyśmy to powtórzyć za rok.

Autor: Stanisława Majda-Gulgowska

17-18 września 2011 popędziliśmy w kierunku Słowacji. Grupa pod „dyrekcją” Łukasza Bajera i Marysi Topy, która dzierżyła pod pachą wszystkie nasze dokumenty przewozowe – przekroczyła granicę (jaką granicę….) i pogoda nas dosłownie rozpieszczała, pięknie i ciepło.

Najpierw spacer na starówkę w Bańskiej Bystrzycy, poprowadził nas Paweł Kwieciński. Z charakterystycznym dla siebie humorem pokazał nam najważniejsze zabytki. Opowiedział o Słowackim Narodowym Powstaniu i muzeum – współczesnym gmachu, który w założeniu ma przypominać czapkę Harnasia. Obok w parku na wolnym powietrzu oglądaliśmy sporą wystawę broni i czołgów, a nawet jeden samolot z II wojny światowej.

Bańska to wiele innych zabytków: Kościół Najświętszej Marii Panny z wysoką wieżą, budowany od XIII – XVIII w. Na fasadzie znajduje się oryginalna płaskorzeźba z 1500 r. przedstawiającą Górę Oliwną. Obok skromnie przycupnął niewielki Kościół św. Krzyża. Uwagę wszystkich przykuł na środku skwerku czarny obelisk poświęcony Armii Czerwonej.

W programie była degustacja wina w winnicy, ale to co zobaczyliśmy przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Topolcianky wsparte Funduszami Unijnymi są niesamowitą atrakcją turystyczną. 

Na samym początku niektórzy sprawdzali głębokość beczek, a potem … co było potem to wiedzą ci, którzy byli w Château Topolčianky – około 100 kilometrów od Bratysławy, na północnym wschodzie w rejonie Nitry leży miasteczko. Tutaj właśnie urzęduje największy słowacki producent win jakościowych. Pierwsze informacje o tutejszych winnicach pochodzą z 1723 roku.

Topolčianky stały się letnią siedzibą T. G. Masaryka – pierwszego prezydenta nowopowstałej Czechosłowacji. W tym czasie lokalne wina zyskały sympatie nie tylko prezydenta, ale także bywalców praskich barów i restauracji.

Tutejsze przetwórnie wina łączą w sobie tradycję z nowoczesnością – można tu zauważyć ogromne drewniane beczki liczące sobie 50 lat, jak i nowoczesny sprzęt – kadzie wykonane ze stali kwasoodpornej. W winnicach uprawia się wiele światowych odmian takich jak Chardonnay, Sauvignon blanc, Cabernet Sauvignon, Pinot Nirale, ale też wiele lokalnych, nie spotykanych w innych rejonach Europy szczepów takich jak: Devin, Palava, Muskat Moravsky, Frankovka modra, Neronet, Alibernet. Najpopularniejszym szczepem jest Traminer.

W Topolčiankach produkuje się około 80 rodzajów win. Nazwa Château Topolčianky przeznaczona jest dla win najwyższej jakości. Winogrona te pochodzą z bardzo korzystnie usytuowanej winnicy, cieszącej się optymalnymi warunkami dla wegetacji winorośli.

Już niemal wieczorem dojechaliśmy do Bojnic, uroczego małego miasteczka, uzdrowiska z basenami termalnymi. Pod swój dach przygarnął nas Pensjonat DRUŻBA.

A nazajutrz rano zwiedzanie przepięknego zamku stojącego na trawertynowej skale z początku XI wieku. Zamek położony przepięknie, w parku, obok duże i stare ZOO. Zwiedzanie z przewodniczką, którą podrywali nasi Panowie. Wnętrza zamku bardzo różnorodne, bogato wyposażone, na trzech poziomach. Największe wrażenie zrobiła sala złota z niesamowitym sufitem, w którym umieszczono 183 twarze anielskie. 

Wszyscy skupili się przy pieskach, ponieważ każdy miał sobie wybrać postać jednego z trzech piesków, który naszym zdaniem jest nam najbliższy i określa nasz charakter. Pierwszy piesek to NIEZASTĄPIONY, drugi – INTELIGENTNY, a trzeci SPEKULANT. O ŁAWCE nie wspomnę…

No i wesoły, rozśpiewany autobus ruszył w dalszą drogę do TRENCZYNA, gdzie pobyt potraktowaliśmy trochę relaksowo. Miasto ze swoistym centrum zachowało swoistą atmosferę. Nad miastem, w dolinie Wagu góruje zamek z XI w. – jego pierwociny, bo pod koniec XVIII w.  zamek częściowo spłonął. Dziś odbudowana twierdza jest siedzibą muzeum. Podczas spaceru można zaglądnąć do Synagogi z 1912 r.. ale chyba dla nas największa atrakcją (byliśmy trochę zmęczeni) były zabawy przy fontannie…oj działo się, działo…

Ostatnie zakupy i znowu rozśpiewany autobus pędził tym razem w kierunku domu. Oby do następnej imprezy z Klubem Przewodników trochę podłoga chwiała nam się pod nogami, ale Pan Marian korygował nasz pion…. 

Oczywiście Łukasz nam nie odpuścił i po drodze „zawlókł” nas jeszcze do WĄWOZU MANIŃSKIEGO, pięknego kanionu, najwęższego na Słowacji. Ściany skalne osiągają miejscami wysokość do 400 m. Spacer dobrze nam zrobił, uspokoił i wyciszył…. Na chwilę.. a potem …

Oby do następnej imprezy z Klubem Przewodników.

Autor: Stanisława Majda-Gulgowska

Lista chętnych na wycieczkę zapełniła się dość wcześnie, a oczekujących na liście rezerwowej było sporo. Łukasz Bajer powiózł nas w nieznanym, albo tylko sobie znanym kierunku, aczkolwiek swoimi opowieściami wzbudzał ciekawość. Pierwszy dłuższy popas mieliśmy w zamku Książ. Dosłownie popas, bo był czas na zwiedzanie i na pyszną kawę z widokiem na zamek – nastrój wspaniały.

Od XIII w. na skale budowano i przebudowywano aż do XVIII w. – kiedy to nadano zamkowi barkowy charakter. Wspaniała siedziba magnacka w czasie II wojny Światowej przygotowywana była na siedzibę Hitlera – stąd szyby i sztolnie drążone przez więźniów z pobliskiego obozu Gross Rosen.

Żebyśmy się nie pogubili w dalszej drodze (chociaż z Łukaszem to nie może mieć miejsca) zabraliśmy specjalistę od Sudetów, Czech i Saksonii – przewodnika p. Ryszarda, który od razu „zabrał się do dzieła”, zadając nam różne pytania i zagadki. Trzeba przyznać, że wiedzę miał ogromną i trochę nam się to wszystko pomieszało, ale czas to uporządkuje.

Dojeżdżając do pięknego czeskiego miasta Děčín z mgły wyłoniła się nam Panská skála. Wulkaniczna formacja bazaltowa, narodowy zabytek przyrody, leżący przy gminie Pracheń niedaleko Kamenickiego Szenowa. Od roku 1895 formacja ta oraz jej okolica to najstarszy rezerwat w Republice Czeskiej. Jej powierzchnia wynosi 1,26 ha. Skała tworzona jest pięcio i sześciobocznymi kolumnamu, które uporządkowane są pionowo i skośnie. Te oto kolumny osiągają długości aż 12m. Przy skale znajduje się małe jeziorko.

Hotelik – dawny ośrodek MSW Czechosłowacji ukryty w lesie, nad jeziorem, był dla nas bazą noclegową przez dwa dni i dwie noce, podczas których…. Oj działo się, działo, były zajęcia w „grupach” – a jakże, co niesfornych turystów Biała Dama zaganiała do snu, ale Polak to się już niczego nie boi – nawet Białej Damy z zamku w Stolpen, dokąd udaliśmy się następnego dnia rano.

Zamek usadowiony na wulkanicznej, bazaltowej skale robi wrażenie, choćby za sprawą Hrabiny Cosel – najsłynniejszej metresy Augusta Mocnego, która w tym zamku była więziona przez 49 lat. Posiadając pisemną obietnicę zawarcia małżeństwa, hrabina zachowywała się jak królowa, wtrącając się w sprawy polityczne państwa. Tu zmarła i została pochowana w kaplicy zamkowej.

W strugach deszczu i mgle dojeżdżamy do Bastei – serca Parku Narodowego Szwajcarii Saksońskiej. Gdyby nie deszcz, to byśmy padli na kolana z zachwytu: przez wiele tysiącleci woda i warunki atmosferyczne kształtowały z miękkiego piaskowca niezwykłe formy. W dole ledwo widoczna wstęga Łaby z leniwie płynącymi stateczkami wycieczkowymi…

Szukaliśmy kawy, ale kiedy dostała nam się beczka z winem o pojemności 238 600 litrów (to nie żart- to trzeba samemu zobaczyć), już oczyma wyobraźni trzymaliśmy lampki z winem, a tu pusto, beczka w Twierdzy Königstein służyła jako podest do tańca (załodze twierdzy się nie nudziło – jak nie chlali, to balowali.) Twierdza posadowiona na skale ma powierzchnię 9.5 ha i dostać się do niej teraz można windą. Twierdza należy do największych w Europie i nigdy nie została zdobyta. Tam nareszcie kawa w gospodzie o konkretnym wymiarze kubka. Przemoczeni wracamy do hotelu, licytując się co będzie na obiadokolację, oczywiście były knedliczki… A wieczorem biesiada: krąg śpiewających się powiększył, przybyło piosenek i zabawa trwała aż do niedzieli…

Niedziela rano: wyjazd do Drezna, trochę leje, ale nas to nie zraża, dla prawdziwego turysty deszcz nie jest żadną przeszkodą.

Drezno – historyczna rezydencja królów i stolica Saksonii. Najpierw msza Święta w katedrze katolickiej z XVIII w.- trzynawowy, barokowy kościół z wieżą o wysokości 85.5 metra. Wewnątrz piękne obrazy Mengsa z 1750 r. i piękna barokowa ambona. No i wreszcie zwiedzanie galerii w zamku Zwinger. Mogliśmy zobaczyć zbiory porcelany, zbrojownię i dzieła wielkich mistrzów.

Trudno uwierzyć, że był on wielką ruiną, po II wojnie doprowadzony do wiernej odbudowy aż do 1964 r. Spacer po najstarszej części miasta, a po drodze Orszak Książąt o długości 102 m, wykonany z 24 tysięcy płytek ceramicznych z fabryki w Miśni. Podczas bombardowania w 1945 roku nie odpadła z niego ani jedna płytka.

Ogromne wrażenie zarobił na mnie Kościół NMP. Który był odbudowywany z całkowitych ruin do 2004 r. Kościół protestancki, wewnątrz przepiękny, na pierwszy rzut oka wygląda jak teatr, po odbudowie stał się symbolem pojednania i pokoju.

I jeszcze wiele pięknych rzeczy i budowli widzieliśmy i zachęcamy innych do odwiedzenia Drezna…

I ja tam byłam, w Zwingerze ciastko jadłam i kawę piłam… a co widziałam to opowiadam….

Autor: Stanisława Majda Gulgowska

Kolejny wyjazd na Słowację – tym razem Jacek Mikołajczyk wziął turystów pod „swoje przewodnickie skrzydła”. I to Jego opis…

– Przejazd był tradycyjnie: Dobczyce – Jurgów- Vrbow. Tutaj  zostawiliśmy grupę kąpiących się w ciepłych basenach. A z racji tego, że tegoroczny lipiec był wyjątkowo chłodny, warto więc było skorzystać. Przez cały czas wycieczki było przeraźliwie zimno. Jadąc od Jurgowa widać było Tatry Bielskie przykryte śniegiem.

A …. Był to lipiec. Potem pogoda jeszcze bardziej się zepsuła. Tatry od Popradu i Spiskiej Beli były całkowicie przysłonięte przez chmury. Jechaliśmy w kierunku Słowackiego Raju, podziwiając tylko niestety z okien autokaru strzelistą XIII wieczną wieżę kościoła Św.Władysława.

Przejeżdżaliśmy przez Spisz – niezwykle interesującą historycznie i przyrodniczo krainę geograficzną Słowacji. Dotarliśmy do miejscowości Piła, gdzie wyruszyła pozostała grupa na poznawanie uroków Parku Narodowego „Słowacki Raj”. Park ten słynie z wielu pięknych i bardzo głębokich dolin, wcinających się w skały wapienne. Rzeka Hornad, która przepływa przez obszar parku, tworzy malowniczy przełom, który jest wielką atrakcją turystyczną Słowacji. Stąd wyruszyliśmy na poznanie Doliny Wielki Sokół. Po drodze czekało  nas do pokonania kilka niebezpiecznych drabinek rozpiętych nad tą doliną. Po 3 godzinach wędrówki doszliśmy do „źródeł” doliny, skąd udaliśmy się do schroniska na Klasztorzysku. Podczas całej wędrówki mogliśmy zaobserwować różne formy krasowe, z których słynie Słowacki Raj – m. in. rowki krasowe, z których słynie ta kraina. Ale chłód i zimny wiatr totalnie zgoniły nas z polany, byliśmy już zziębnięci i udaliśmy się możliwie najkrótszą drogą do wsi Podlesok, gdzie czekał na nas autokar.

– W drodze powrotnej nie zapomnieliśmy o kapiących się w basenach termalnych, im przynajmniej było ciepło. W autokarze humory już nam się poprawiły i weseli wróciliśmy do domu.

Autor: Stanisława Majda-Gulgowska 

W ramach programu „Aktywni i świadomi” 15 maja 2011 wybraliśmy się z grupą zapaleńców i ciekawych świata do Ojcowskiego Parku Narodowego.

A że była to niedziela, więc zawitaliśmy rano do Tyńca, którego nigdy dosyć. Benedyktyni zadbali o piękno i funkcjonalność tego miejsc. Jest tu coś dla ducha i ciała. Kiedy zrealizowaliśmy obydwie funkcje, Paweł z Grażynką powieźli nas dalej przez Zielonki do Korzkwi.

W Korzkwi niestety „niebo zapłakało” i płakało tak do końca dnia. Była to więc wycieczka dla wytrwałych i nieprzemakalnych. Podeszliśmy do ruin XVI w. zamku, który gościł w czasach świetności ponoć Augusta III Sasa. Obecnie te ruiny to obiekt przystosowany do imprez w wielkim stylu i chyba drogich.

Już z ciągłym deszczem grupa dzielnie wyruszyła na trasę z Prądnika Korzkiewskiego, aby dotrzeć do „centrum” Ojcowskiego Parku Narodowego. Park jest najmniejszym parkiem w Polsce. Utworzony w 1956 roku o powierzchni 2146 ha. Posiada bardzo zróżnicowaną rzeźbę terenu, bogatą szatę roślinną. Budowę geologiczną stanowią wapienie górno jurajskie, które powstały w morzu …Wśród fauny spotykamy nietoperze (15 gatunków), sarny, bobry, puchacze…

Przepiękne dolinki i jaskinie dopełniają urody Ojcowskiego Parku Narodowego.

Deszcz nie przeszkodził Paniom w „zakotwiczeniu” przy Źródełku Miłości, ale nikt po powrocie nie narzekał na deszcz, chociaż wszyscy byli już zmęczeni…

Autor: Maria Topa

Niedzielę Palmową A.D. 2011 r. postanowiliśmy spędzić uczestnicząc w 53 konkursie palm wielkanocnych w Lipnicy Murowanej, a także idąc wiosennym spacerkiem ok. 10 km pasmem Śpilówki (516 m). Była to pierwsza wycieczka w programie gminnym pt. „Aktywni i świadomi” mająca na celu aktywizację rozwoju fizycznego i wzbogacanie wiedzy przyrodniczej i kulturowej wśród mieszkańców gminy.

Na dzień przed pierwszą wiosenną pełnią, pogoda trzymała nas w dyscyplinującym chłodzie, a księżyc w znaku Wagi i atmosfera kolorowego święta w dobrym nastroju. Autokar zapełniony do ostatniego miejsca powiózł nas trasą przez Stadniki, Zręczyce i Łapanów do Lipnicy. Kazio Gierlach, który objął wyprawę opieką merytoryczną przewodnika, opisywał położenie geograficzne i ciekawsze punkty widziane z okien autobusu, a Basia Hankus (niżej podpisana) opowiadała o historii palm wielkanocnych.

Lipnica tego dnia przywitała nas wzmożonym ruchem, a także dużą ilością „aniołów stróżów” bezpieczeństwa, gdyż podobnie jak my, także główna osoba w państwie, prezydent Bronisław Komorowski z małżonką Anną wybrali się do miasteczka św. Szymona lipnickiego, by uczcić tradycję. Po mszy św. w kościele św. Andrzeja podziwialiśmy palmy ustawione na rynku, oraz nadzwyczajne wysiłki twórców, by je ustawić na jakiś czas w pionie, co nie dziwi, wziąwszy pod uwagę, że laureatka tegoroczna osiągnęła rekord (pobijany każdego roku) i miała aż 36,5 m. wysokości. Kramy z wyrobami rzemiosła artystycznego, miejscowymi wypiekami, mięsiwem, dekoracjami wielkanocnymi, były wyjątkowo bogate.

Do godz. 11-tej trwała procesja, oraz przemówienia prezydenta i włodarzy miasta. Wedle planu mieliśmy potem zwiedzać inne atrakcje Lipnicy, a to: kościół św. Szymona, kościół św. Leonarda i dwór rodziny Ledóchowskich., co udało się jedynie połowicznie, gdyż obiekty były zamknięte ze względu na ochronę głowy państwa. Uznaliśmy to za mocno przesadzone, niemniej urok cmentarnego kościółka św. Leonarda jest tak przemożny, że wystarczyło uruchomić wyobraźnię, by stojąc nawet u jego zamkniętych wrót odczuć atmosferę wnętrza. Na podjeździe dworu Ledóchowskich porozmawialiśmy o dwóch niezwykłych siostrach: bł. Marii Teresie i św. Urszuli (Julii) a także o historii rodziny, która mocno wpisała się w polska ziemię.

Około południa grupa na czele z Kaziem wyruszyła na przejście piesze pasmem Śpilówki, wśród dzielnych piechurów było sporo dzieci i dla nich to, szczególnie pierwsza wiosenna wyprawa była okazją do zabawy i beztroskiej obserwacji natury.

Wróciliśmy szczęśliwie gdowską szosą, zdrowi, zadowoleni z apetytem na więcej.

Autor: Basia Hankus

27 marca 2011 wyruszyliśmy z Klubu Przewodników wraz z przyjaciółmi na pierwszą wiosenną wycieczkę szlakiem Plemienia Wiślan. Łukasz  Bajer powziął ambitny plan pokazania nam samych perełek, że „palce lizać”  poddaliśmy się temu bez oporów, a panie mówiły, że nie opierały się za długo. Wyjechaliśmy wczesnym rankiem, ze słoneczkiem, ale dość silnym wiatrem w kierunku Niepołomic, po drodze przejeżdżając Igołomię, Nowe Brzesko, Hebdów aż do Wiślicy. Po drodze „potykaliśmy się” o ślady Wiślan, by wjechać w Dolinę Ponidzia.

Piękne regiony, przestrzenie ”choć oko wykol”, by wedle 10 godziny podjechać do Wiślicy. Udało nam się wjechać do miejscowości za drugim razem, chociaż są dwie ulice na krzyż, ale potęga zabytków tak wielka, że może przyprawić o zawrót głowy. Murowane domy i gotycka kolegiata przy rynku to niezawodny znak, że wieś była dawniej miastem. I to jakim! Archeolodzy podejrzewają, że w odkopanej tu kamiennej misie najeźdźcy z Moraw przymusowo ochrzcili władcę Wiślan niemal sto lat przed konwersją Mieszka I. Na pewno pod koniec X w. był to jeden z najważniejszych grodów Polan – z tego okresu pochodzą fundamenty pierwszego kościoła.  Podążamy za przewodnikiem, który z ogromną pasją opowiada o zabytkach miasta – do piwnic bazyliki, by zobaczyć kamienne pozostałości dwóch romańskich świątyń. Na wysokości prezbiterium podświetlono posadzkę z rysunkami sześciu modlących się postaci.

– Brodaty mężczyzna na dole to prawdopodobnie Kazimierz Sprawiedliwy – tłumaczy przewodnik. Płytę orantów (łac. orare – modlić się) wykonano ok. 1175 r. W mokrym gipsie wyżłobiono rowki, w które wlano masę zabarwioną smołą. Na świecie jest parę podobnych tablic, ale tylko wiślicka uchowała się w tak doskonałym stanie. Stąpamy po historii niemal 1000 letniej.

Obecny kościół z 1350 r. ufundował Kazimierz Wielki , o czym zaświadcza tablica erekcyjna w południowym portalu. Nie trzeba nawet znać łaciny – nad napisem widnieje rysunek: król na klęczkach wręcza makietę bazyliki Matce Boskiej, śmiałości dodaje mu gestem ręki biskup Jan Bodzanta. Z kolei nad północnym wejściem widnieje zamurowane okno, z którego ten sam król miał ogłosić statuty wiślickie, pierwszy pisany zbiór praw na ziemiach polskich. Według różnych źródeł miało to miejsce gdzieś między 1347 a 1362 r. (niestety, statuty się nie zachowały). Sama bazylika to najstarszy i zarazem największy kościół dwunawowy w Polsce. Gwiaździste sklepienie wspierają trzy ustawione na głównej osi filary. W wąskim, wielobocznym prezbiterium zachowało się gotyckie sakramentarium (rodzaj tabernakulum, zwykle w formie małej wieży w prezbiterium), freski przedstawiające sceny z życia Chrystusa, a w ołtarzu kamienna płaskorzeźba Madonny, do której miał się modlić Władysław Łokietek.

Częstym gościem w Wiślicy bywał Jan Długosz. W 1460 r. wystawił wikariat, zwany dziś Domem Długosza. Piętrowy gmach z czerwonej cegły mieści plebanię. Zwiedzającym udostępniono jedno pomieszczenie z oryginalnym drewnianym stropem. Najciekawsze są polichromie w przedsionku, na których fundator nakazał przedstawić siebie samego obok Chrystusa i świętych. Wypiliśmy ciepłą herbatkę w podziemiach i hejże dalej, bo sporo przed nami.

Skalbmierz – mieliśmy nadzieję, że uda nam się go zwiedzić, ale była msza, nawet głodny kundel leżał spokojnie na stopniach przed kościołem. Oto co wyczytałam i co udało mi się delikatnie podejrzeć: KOŚCIÓŁ PARAFIALNYp.w. św. Jana Chrzciciela był do 1819 r. kościołem kolegiackim. Został wzniesiony w końcu XII lub na początku XIII wieku, na pewno przed 1217 rokiem, gdyż w tym roku dokumenty wspominają Gubertusa Prepozyta Skalbmierskiego. Kościół był przebudowany i inkastelowany w 1235 roku przez Konrada Mazowieckiego. Obecny kościół został wzniesiony w XV w. z zachowaniem pozostałości romańskich. Długosz wspomina, że na miejscu dawnego kościoła, zniszczonego skutkiem wieku, za jego czasów, a więc w połowie XV w. z ofiar złożonych przez wiernych powstał wspaniały, nowy, murowany kościół. Kościół był budowany w dwóch fazach: nawy w I-ej połowie XV w. , a pod koniec XV w. – PREZBITERIUM. Jest to kościół gotycki, orientowany (wschód – zachód), murowany z kamienia, nie tynkowany. Pozostałością pierwotnego romańskiego kościoła z przełomu XII i XIII wieku są: dwie wieże, zachodnia część prezbiterium i dolna część południowej ściany prezbiterium. Nawa główna z nawami bocznymi stanowią kwadrat. W każdej nawie są trzy przęsła. Prezbiterium równej szerokości z nawą główną, ale niższe również trójprzęsłowe, zamknięte wielobocznie. Przy prezbiterium od strony północnej ceglana przybudówka prawdopodobnie z XVI w. mieszcząca dwuprzęsłową, wysoką zakrystię oraz dawną zakrystię kapitulną a nad nią kapitularz do którego prowadzą koliste schody wbudowane między wieżę, przybudówkę i nawę boczną. Od strony północnej i południowej wznoszą się dwie wieże czworoboczne i czterokondygnacyjne, nieco podwyższone w II-giej połowie XIX w. z neogotyckimi hełmami.

«Skalbmierz (moja rodzinna parafia przyp. S. Malara) to także historia walk o Republikę Pińczowską. Historię wyzwolenia opowiadał mi ojciec (walczył wtedy jako 22 letni już mąż – ślub odbył się w sierpniu 1942 roku, a zdjęcie robione było ukradkiem by Niemcy nie zauważyli) i wujek Gorgoń mieszkający po wojnie w Sosnowcu. Była też w sierpniu 1944 roku pacyfikacja Skalbmierza. Można pobrać wywiad z Panem Leonem Bajorem stąd. (taką, a może bardziej brutalną historię opowiadała mi mama – niestety nie przywiązywałem wtedy zbyt dużej wagi do tych faktów.)»

Już zrobiło się całkiem ciepło, kiedy dotarliśmy do Racławic. Na wzniesieniu Górka Kościejowska, zwanym także „Zamczyskiem”, stał w XIV wieku niewielki gródek. Dowody w postaci fundamentów murów dochowały się do czasów obecnych. Nazwa Racławice najprawdopodobniej pochodzi od nazwiska właściciela dóbr rycerza Racława. Pojawia się po raz pierwszy w Kronikach Długosza, gdzie znajduje się informacja, że w roku 1410 chłopi z Racławic przywozili do obozu króla Jagiełły pod Sandomierzem soloną wołowinę i dziczyznę w beczkach..

4 kwietnia 1794 pod Racławicami polskie wojska powstańcze pod wodzą Tadeusza Kościuszki stoczyły bitwę z wojskami rosyjskimi pod dowództwem generała Aleksandra Tormasowa. Bitwę wygrały oddziały powstańcze. U stóp Kopca Kościuszki ( na błoniach)usypanego w latach 1926 – 1934 znajduje się pomnik Bartosza Głowackiego, słynnego chłopa, który czapką zakrył działo nieprzyjaciela. Obok powyżej na wzniesieniu trochę zaniedbany dworek, w którym rezydował Naczelnik Kościuszko.

Od 1995 w pierwszą niedzielę po św. Wojciechu, na błoniach pod pomnikiem Bartosza Głowackiego. Odbywa się wybór „Chłopa Roku”, który tradycyjnie dopełnia ogólnopolski Zlot Wojciechów i Bartoszów.

Kolejnym naszym miejscem jest Miechów : Bazylika grobu Bożego . Początki sanktuarium sięgają XII wieku. Jaksa, herbu Gryf, wróciwszy szczęśliwie z wyprawy do Ziemi Świętej w 1156 roku postanowił wypełnić ślub i zbudować w swej rodzinnej wsi (w Miechowie) kościół oraz sprowadzić tu z Jerozolimy zakonników, bożogrobców. Postanowienie to wykonał w 1163 roku, kiedy przywiózł z Jerozolimy kilkanaście worków ziemi z Góry Golgota i zbudował mały kwadratowy kościół pod wezwaniem św. Katarzyny Aleksandryjskiej. Była to raczej kaplica, która, jak niesie podanie, stała tu, gdzie dzisiaj jest kaplica Grobu Chrystusowego. Przy tym kościółku byli osadzeni bożogrobcy, zakonnicy, zwani tu miechowitami od nazwy wsi Miechów. Bożogrobcy byli w Miechowie prawie 700 lat, bo od 1163 do 1819 roku. Położyli duże zasługi w krzewieniu wiary i kultury chrześcijańskiej. Klasztor i kościół doznawały nieraz wielu zniszczeń. Kościół był odnawiany i przebudowywany. Styl wnętrza jest późnobarokowy, korpus kościoła – trzynawowy, bazylikowy. Ołtarz główny imponuje ogromem i pięknem, całość wnętrza wspaniała. Z nawy bocznej jest wejście do krużganków, otaczających z czterech stron kaplicę Grobu Pańskiego. Zbudowano ją w pierwszej połowie XVI wieku i odrestaurowano w 1883 roku. Nad drzwiami do kaplicy widnieje napis: „Sepulchrum Christi Domini”. Grób Pański jest imitacją Jerozolimskiego Grobu Chrystusa. Pod kopułą stoi ciosowy grób; jego górna część jest wykonana z drewna. W dolnej części grobu jest nisza, w którą, w Wielki Piątek, wsuwa się figurę zmarłego Chrystusa Pana. Warto jadąc przez Michów zatrzymać się na chwilę w tym miejscu.

Jeszcze na koniec nasi chłopcy doszli do wniosku, że jeżeli już tu jesteśmy to niedaleko stąd warto zwiedzić pałac w Książu Wielkim, który chociaż przy drodze do Warszawy, ale w lecie niewidoczny, bo wśród krzewów i drzew niewidoczny. Pałac mieszczący szkoły średnie popada w ruinę, za parę lat nie będzie co oglądać. Powstanie zamku w Książu związane jest z prywatną inicjatywą biskupa krakowskiego Piotra Myszkowskiego, osobistego przyjaciela Jana Kochanowskiego, któremu słynny poeta zadedykował swoje Psalmy Dawidowe. Budowę rezydencji prowadzono w latach 1585-95 według planów i pod czujnym nadzorem królewskiego architekta z Florencji Santi Gucciego. Fundatorem był wspomniany już Piotr, a po jego śmierci prace finansował również Piotr, starosta chęciński i bratanek biskupa. Rodzina Myszkowskich zamieszkiwała wcześniej na jurajskim zamku Mirów, który posiadał wprawdzie doskonałe walory obronne, ale ze względu na przestarzałą konstrukcję i militarny charakter nie zapewniał odpowiedniej wygody. Fakt ten stanowił prawdopodobnie bezpośrednią przyczynę, dla której pod koniec XVI wieku rozpoczęli oni budowę rodowej rezydencji w Książu Wielkim. Z uwagi na miejsce pochodzenia jej mieszkańców, z czasem rezydencja ta nazwana została Mirowem.

I to by było na tyle, kto nie był niech żałuje…

Autor: Stanisława Majda Gulgowska